Aktualny numeruniGENDER 1/2006 (2)TEMAT NUMERU:
|
Happy Birthday, Gender Studies!Rozmowa redakcyjna z Bożeną Umińską1)z okazji dziesięciolecia studiów.Marta Sokołowska-Nowak, Marcin TeodorczykMarta Sokołowska-Nowak/Marcin Teodorczyk: W 1996 roku powstały warszawskie Gendery. Była Pani jedną z pierwszych nauczycielek, obok Małgorzaty Fuszary, Eleonory Zielińskiej, Bożeny Chołuj, Agnieszki Graff i Kingi Dunin. Zdajemy sobie sprawę z tego, że wówczas treści genderowe nie były popularne w naukach akademickich, a ruch feministyczny nie był tak widoczny jak teraz. Jak w takim razie wyglądała Pani droga intelektualna? Skąd zainteresowanie kategorią gender? Bożena Umińska: Zawsze miałam zapotrzebowanie na pewnie idee organizujące, może nie całość światopoglądu, ale pewne jego części. Można to nazwać "ideologią w węższym sensie" - ale przez ideologię rozumiem tutaj zestaw idei, uporządkowanie pewnego aspektu rzeczywistości według organizujących pojęć, które dają pewien "filtr w obiektywie". Wszyscy mają taki filtr, tylko większość o tym nie wie. Ideologia w szerszym sensie zaczyna się wtedy, kiedy nigdy nie można go wyjąć i kolor filtru uznaje się za obiektywny kolor świata. Nazwijmy to lepiej "kluczem światopoglądowym". Ma się ich kilka lub wiele. Przed feminizmem żaden nie wydawał mi się interesujący. Do "Solidarności" należałam tylko jedną nogą, że tak to ujmę, drugą nogę wypłaszał z niej nacjonalizm, antysemityzm i już wtedy bardzo widoczny nurt klerykalny. Pamiętam, że pożyczyłam od Jolanty Brach-Czainy książkę Kate Millet Sexual Politics (opowiadałam o tym w książce Sławomiry Walczewskiej Feministki własnym głosem o sobie) przeczytałam i uznałam, że treści zawarte w książce Millet są oczywiste i logiczne. Było to w 1985 lub 1986 roku. W tym czasie pewne pismo podziemne zwróciło się do mnie o tekst, który by dotyczył kobiet. Może numer miał wyjść w okolicach 8 marca i chcieli nawiązać do Dnia Kobiet? Przetłumaczyłam dla nich fragment Sexual Politics, w którym autorka opisuje ustawodawstwo bolszewickiej Rosji dotyczące kobiet - niesłychanie progresywne, które stopniowo się cofało, aż do stanu żelaznej konserwy w czasach Stalina. Millet pokazała, jak ta fala rewolucyjna została zawrócona i zaprzeczona. Mimo, że ta współpraca się nie rozwinęła, ja zainteresowałam się tematem. Zaczęłam czytać. Poza tym czułam wtedy, że trzeba się w czymś wyspecjalizować, jakąś dziedzinę poznać głębiej. I oczywiście nie miałam pojęcia, że tę wiedzę z czasem w Polsce będzie można przekształcić w działanie. Pani zainteresowanie feminizmem zamieniło się w intelektualną przygodę. Jak w takim razie definiuje pani feminizm z intelektualnej perspektywy? Ja nie wiem czy bym tu użyła słowa "przygoda". Jeśli ktoś jest sadownikiem i uprawia gruszki, to czy jest to przygoda? No, może być. Niemniej przygodę raczej lokuję w pisaniu, w czymś najściślej prywatnym. Feminizm i gender traktuję jako pewną dziedzinę kulturoznawstwa, nowy historycznie sposób patrzenia na kulturę. Uważam to za odkrywcze. W ogóle mnie pociąga podważanie tych pojęć, postaw, idei, które uważamy za oczywiste, bo wyrośliśmy w nich. Będąc Żydówką w Polsce zawsze byłam pod ostrzałem przesądów i stereotypów, dowiadywałam się o sobie od dzieci na podwórku - a one od swoich rodziców oczywiście - kim jestem i co komu zrobiłam, począwszy od pewnego Jezusa. Więc stereotypy miałam przepracowane na bolesnym w Polsce przykładzie "Żyd". Kiedy się zetknęłam z feminizmem było dla mnie oczywiste, o czym tu mowa. O stereotypach wobec kobiet, o dyskryminacji za pomocą wyobrażeń, o nie braniu pod uwagę uwarunkowań kultury, o ocenianiu cech pojawiających się, historycznie zmiennych, jako wiecznych, o generalizowaniu, o seksizmie, czyli rasizmie płci - wszystko to było jasne, rozbieżności powstawały przy poszczególnych zasadach czy poglądach. Ponieważ jestem dość wojownicza intelektualnie, więc odpowiada mi taki sposób działania, że próbuje się na kulturę wpływać, po to by pokazać, że są lepsze wzory, lepsze sposoby myślenia i działania, niż te oczywiste. Zajęła się Pani również tłumaczeniem feministycznych książek. Słownik teorii feministycznych Maggie Humm po kilkunastu latach od wydania jest obecnie białym krukiem, ale też lekturą obowiązkową w genderowej edukacji. Na anglojęzycznych pozycjach feministycznych uczyłam się języka. Ponieważ nie lubię uczyć się teoretycznie, nie lubię uczyć się gramatyki, uczyłam się poprzez tłumaczenia. Pierwszą książką, jaką (współ)tłumaczyłam był właśnie Słownik... Maggie Humm. Nie przepadam za nim. Dla mnie to bardzo zideologizowana książka. Mało informacji, dużo ideologii - właśnie w tym złym sensie, "klapek na oczach". Widać jest potrzebny jakiś słownik feminizmu. Ale również tłumaczyłam powieść Marylin French, znanej feministki drugiej fali, Miejsce dla kobiet. Jest to świetna książka, która pokazuje amerykańskie wzorce płci z lat 30., 40., 50. do późnych lat 60. French udała się wyjątkowa sztuka: w powieści popularnej pokazała te wzorce, według których kultura kształtuje kobiety i mężczyzn. To było lekkie, ciekawe i bardzo edukujące. Współtłumaczyłam także bardzo dobrą Myśl feministyczną Rosemarie Putnam Tong, dobry akademicki podręcznik historii feminizmu. Ale w tych tłumaczeniach ważny był Jarosław Mikos, zawodowy, bardzo dobry tłumacz. Prywatnie - mój partner. I feminista. Powróćmy do momentu pojawienia się Pani w roli nauczycielki na Genderach w 1996 roku. Bożena Chołuj i Małgorzata Fuszara wpadły na ten genialny pomysł i zorganizowały tzw. gendery. To jest nieocenione, co one zrobiły. Zwróciły się do osób w środowisku feministycznym, które miały pewną wiedzę. Zaczęłam uczyć i stwierdziłam, że to uwielbiam. Jestem bardzo zadowolona, gdy oceniam, że dobrze mi poszło, a zła na siebie, gdy oceniam, że marnie. Pewnie mam trochę naturę politruka, trochę tyrana, ale takiego, który strzela za pomocą treści i świadomości. Nie lubię owijania w bawełnę, bo albo chodzi o poznanie, albo o pocieszanie się. I pragnę się podzielić, pokazać to, co wiem sama. Strasznie się też wzburzam wobec tego, na co się nie zgadzam w rzeczywistości. Naucza Pani z konieczności wewnętrznej? Uczę, bo mam taką szansę, taką możliwość. Ja jednak w zasadzie "z konieczności wewnętrznej" jestem poetką, piszę, a to oznacza używanie osobistej ekspresji. I w uczeniu też nie umiem być bezosobowa. Używam dwóch nazwisk- Keff i Umińska - ale mam jedną osobowość. Nazwiska zresztą to bardziej kwestia przypadków i zaszłości niż mój wybór. Napędza mnie więc spora ilość adrenaliny i chyba mnóstwo pomysłów. No i zdarzają się niesłychane poruszające momenty. Raz przejęłam zajęcia na polonistyce. Było to zastępstwo za dr Urszulę Śmietanę, która napisała dla siebie genderowo zorientowane zajęcia i ze względów zdrowotnych nie mogła ich prowadzić. Zastąpiłam ją. Ja jestem raczej bardzo kontaktowa, ale pół roku grupa milczała jak zbiorowy kamień. Po jednych zajęciach, kiedy już waliłam głową o ścianę, studentki same powiedziały mi, że u nich tak jest niemal zawsze, nikt się nie odzywa ze strachu, że powie coś głupiego, nie dość uczonego, skompromituje się. Straszne. Te, które zdawały egzamin, były świetnie przygotowane i często robiły niesłychane osobiste zwierzenia. Na przykład jedna studentka, która zresztą miała małe dziecko, po tych zajęciach umówiła się z partnerem, że pojedzie do Katowic na egzamin wstępny do szkoły muzycznej, bo, jak powiedziała, zawsze chciała śpiewać jazz. Inna powiedziała, że dała mamie książkę Sławomiry Walczewskiej Damy, rycerze, feministki, a mieszkały - tak powiedziała - w jakimś Dziurowie pod lasem, już niemal w czwartym wymiarze. I tam w tym Dziurowie Dolnym mama, która jest gospodynią domową, przeczytała książkę i powiedziała, że to bardzo sensowne. Prowadziła pani takie zajęcia jak: "Krytyczne pisanie", "Konstrukcje kobiecości w światowej prozie realistycznej", "Postacie Żydówek w literaturze modernizmu i dwudziestoleciu", "Dlaczego inni mogą, a Polacy nie?"... Skąd inspiracja do zajęć, różnorodność tematyczna? Wiele rzeczy mnie ciekawi i jestem nastawiona interdyscyplinarnie - co jest w Polsce jeszcze rzadkie. Niemniej gendery to wręcz wymuszają, tu nie można inaczej, to dziedzina interdyscyplinarna. Zajęcia literaturoznawcze, ponieważ zajmuję się literaturą, filmy - bo zajmowałam się filmoznawstwem, pisałam latami o filmach. No i idee. "Krytyczne pisanie" - to taki odpowiednik "twórczego pisania" - ja jakoś nie wierzę w głębszy sens uczenia twórczego, literackiego pisania. Ale formy publicystyczne, felietony, analizy, protesty, programy - to można ćwiczyć, tego można się uczyć. Zresztą zdarza się, że dostaję jako dodatek do prac publicystycznych wiersze, raz była powieść. Czasami ludzie piszą rzeczy olśniewające. Krytyczne pisanie polega na tym, że jesteśmy na bieżąco z tym, jak wygląda tzw. dyskurs genderowy w polskich mediach (to znaczy teraz już chyba w ogóle nie wygląda) - i jakoś z tym polemizujemy. Zawsze nas interesują podstawowe sprawy - sposób pisania o kobietach jako o grupie, temat aborcji, temat homoseksualizmu. Interesują nas też filmy (np. ostatnio Brokeback Mountain), talk-show telewizyjne (czyli jak rozmawiamy, jakiego używamy języka i zestawu pojęć, jaką mamy postawę) - i o tym wszystkim piszemy, komentujemy to, oceniamy, polemizujemy, używając takich środków, jakie są dla nas naturalne - ironia, erudycja, szyderstwo, analiza, najlepiej różne, oczywiście. Ponieważ polska rzeczywistość jest ostatnio zbyt bolesna i niepoważna intelektualnie do bólu - teraz pójdziemy bardziej w idee polityczne, w sztukę, w literaturę. Jest sporo ciekawej sztuki polskiej - od Katarzyny Kozyry po Tomasza Kozaka. Jak scharakteryzowałaby Pani pierwsze studentki i studentów Genderów? Nie wiem, czy jest różnica w stosunku do dzisiejszych. Pierwsze, które przychodziły uczyłyśmy od podstaw, ale nauczycielki też się uczyły. Było mniej rozpoznań dotyczących Polski - to ważne. Wtedy studiowały same kobiety, grupy były po kilkanaście osób, dziś są po kilkadziesiąt. Nie bywało mężczyzn. Nie było gorzej, tylko wszystko się robiło pierwszy raz i zaczynało od rudymentów. Obecnie pojawiają się, jak ja to nazywam, "ekipy gejowskie", czy "ekipy les" - np. działacze Lambdy, ludzie z KPH lub pracownice organizacji kobiecych czy feministycznych, którzy mają sporą wiedzę, teoretyczną i praktyczną i bardzo dużo wnoszą do zajęć. Gendery to studia podyplomowe i przychodzą często osoby dorosłe, po wcześniejszej edukacji akademickiej. Są w różnym wieku, co jest cenne, i powiem tylko, że jedną z najbardziej pamiętnych prac na krytycznym pisaniu napisała pani Jagoda - osoba w średnim wieku, inżynier. Mamy świadomość trudności, jakie pojawiają się podczas wprowadzania nowej dyscypliny akademickiej w życie. Wówczas nie było przecież literatury, tekstów teoretycznych uwzględniających perspektywę feministyczną i genderową. Dopiero w pierwszej połowie lat 90. zaczęły pojawiać się artykuły z dziedziny krytyki feministycznej, na przykład w "Tekstach drugich". Nauczycielki na genderach również się dokształcały ... I nadal to robią - nie ma innej możliwości. W sumie ta wiedza genderowa w Polsce bardzo mocno wystrzeliła - by tak rzec - "z niczego" do całkiem przyzwoitego dorobku po 10-15 latach. Z drugiej strony - wokół jest ocean ciemności, stan świadomości sprzed wielu wieków (jak w wielu dziedzinach w Polsce). Z trzeciej - zbyt mocne zapory instytucjonalne, opór wobec nowości i niedobry dla tej wiedzy klimat polityczny. Mamy przed sobą modelowy, wręcz klasyczny, przykład ataku na Gender Studies. Jest to tekst Agnieszki Kołakowskiej Brygady politycznej poprawności ("Rzeczpospolita" 29.01.2000). Kołakowska atakuje w nim Panią za uprawianie politycznie poprawnej pseudonauki, sięganie po bzdurne w jej rozumieniu metodologie badań uwzględniające feministyczne spojrzenie. Gender Studies według niej niosą ze sobą "falę terroru"... Nie ma mowy o rozumieniu kategorii "gender" ze strony pani Kołakowskiej. Dla niej jest to właśnie ideologia, a sama jest bardzo zideologizowana, tylko konserwatywnie, po polsku: "prawicowo". Cóż mogę odpowiedzieć? Jak chcesz wojny, krzycz, że cię napadają. W myśleniu potocznym, "prawicowe" rozumienie demokracji jest takie, że demokratyczne są nasze rządy, nasze pojęcia i nasza władza. Pani Kołakowska więc nie uznaje pojęcia poprawności politycznej. W Polsce wiele osób w ogóle nie zaczyna od tego, czym to jest i jak się tworzyła poprawność polityczna. A chodziło i chodzi nadal o uszanowanie inności - etnicznej, kulturowej, religijnej. Chodzi o szacunek dla innych przejawiany na poziomie języka, w sposobie mówienia o innych, co z czasem powinno się przekładać na sposób myślenia. Z czasem uczymy się tego szacunku. Tymczasem w Polsce zaczyna się z błogością od tego, co jest przegięciem poprawności politycznej, co jest w tym zjawisku jakąś hiperpoprawnością, bo i to istnieje, oczywiście. Często oglądam seriale w BBC Prime. Tam mówi się " woman" - a polskie tłumaczenie często brzmi "baba". "Woman" to nie "baba". Pani Kołakowska może żałuje tych dobrych czasów, kiedy można było mówić, pisać i myśleć "żydek", "czarnuch" i "baby". W opozycji do tego było się aryjskim białym mężczyzną. Może ona ma właśnie taką identyfikację, nie wiem. W sumie ona mnie niewiele obchodzi. Raczej zadziwiał mnie wtedy prawdziwie stalinowski ton jej artykułu. Żądała w tekście, by usunąć mnie z uniwersytetu, bo jestem groźna dla studentów, gdyż sieję zarazę. Tak się mówiło i pisało w latach 50. Oto cytat z tekstu Kołakowskiej: "pani Umińska indoktrynuje nowe pokolenie polskich humanistów"... No tak, ja "indoktrynuję" a pani Kołakowska natomiast jest neutralna i obiektywna. Jakoś wtedy ten festiwal wokół mnie w pismach prawicowych trwał niemal dwa lata i byłam nieco zachwiana w swej równowadze. Gdyby nie wsparcie profesor Marii Janion i całego środowiska, w tym Kazi Szczuki, Agnieszki Graff, moich szefowych i przyjaciół, byłoby mi trudno. Nie byłam wtedy przygotowana na takie ataki. Zaczęło się od tego, że napisałam tekst dla "Res Publiki Nowej" ("Naród z natury egzystencjalny, płeć z natury metafizyczna", nr 7-8, 1999) o Żeromskim i treściach genderowych w "Dzienniku" Mętraka, napisałam o czymś, co było widoczne gołym okiem - i zostałam wrogiem publicznym wysokiej kategorii. Pamiętam tekst Cezarego Michalskiego, w którym ja i Michnik zostaliśmy zestawieni obok siebie jako niszczyciele wartości i kultury. Nie znam Michnika, a jego postawa nie jest mi bliska. Inny tekst w "Życiu" Wołka to była rozmowa z profesorem Szackim i był tam pasus o mnie - o tym, jakie ja straszne rzeczy wypisuję i że należałoby mnie wylać na zbity łeb. Profesor mnie nie zna, ani ja jego, lecz jestem mu dozgonnie wdzięczna, ponieważ właściwie ujął się za mną, to znaczy daleki od potępiania, spytał dziennikarza, czy aby pani Umińska nie ma pewnej racji, nie stawia ważnych pytań. To były tak silne ataki, jakbym wbiła nóż w samą istotę. Pokazałam - także samej sobie - antysemickie treści w lekturach szkolnych, których nikt nie koryguje. Także antysemityzm, seksizm i mizoginizm w dziennikach dość popularnego publicysty, czego nikt marnym słowem nie skomentował. Spełniłam rolę dziecka, które mówi, że król jest nagi. Tego się łatwo nie wybacza. Zresztą, żeby być sprawiedliwą - wątek Mętraka podjęłam za Piotrem Sommerem, który jako P. Odmiejeski napisał o tym jeden felieton w "Gazecie Wyborczej" - i na tym poległ. Założycielka studiów, Bożena Chołuj w "Katedrze" nr 3. pisze: "Wprowadzając gender studies sądziłam, że będę musiała przekonać do sensowności kategorii płci kulturowej akademickie środowisko zajmujące się głównie badaniami nad kobietami. (Jednak) zaproszone przeze mnie do współpracy akademiczki nie były przychylne women's studies. (...) wskazywały na niebezpieczeństwo gettoizacji przez wyszczególnienie tematyki kobiecej" (s. 3). W gruncie rzeczy wyszło na to samo, bo taki jest społeczny odbiór genderów. Po drugie - jak nam się wydaje - większość zajęć ma nachylenie bardziej feministyczne niż genderowie. Czy mimo powszechnej niechęci do feminizmu, Gendery są uznawane przez środowisko naukowe jako pełnoprawna dziedzina humanistyki? Czy po 10 latach istnienia mają ugruntowaną pozycję w akademickich strukturach? W strukturach - bardzo wątpię. Nie mają. To nadal coś nowego. Spotykałam się z różnymi reakcjami, głównie sugerującymi, że to niepoważne, że to ideologia, nie nauka. Oczywiście profesorowie wbijający do głowy studentom socjobiologię nie sądzą, że to ideologia, choć to wybitnie ideologiczne, w tym węższym sensie. W ogóle sądzą o sobie, że są obiektywni. To jakieś niesłychane zapóźnienie polskiej humanistyki, taka wiara, że można nie mieć wiodącej idei w humanistyce, nie mieć wizji człowieka, społeczeństwa i uprawiać humanistykę, nauki społeczne. Z pozycji Ducha Świętego? To jest jakieś XIX wieczne, nawet nie XX wieczne podejście. Reakcje są pewnie zależne od własnej orientacji politycznej czy światopoglądowej. Prawicowcy narodowi - wiadomo. Będą - mocą projekcji - przypisywać feminizmowi krucjatę i mord. Konserwatyści - podobnie, ale bardziej pobłażliwie. Lewicowi konserwatyści - innych w Polsce raczej nie ma - są zainteresowani władzą, tym jak się co przekłada na władzę. Feminizm się marnie przekłada, więc może sobie być w ramach ciekawostki i pewnej mgiełki liberalnego podejścia do obyczajów. Trochę, dla niektórych, po sentymentach czy poczuciu, że jednak wypada się poczuwać do jakichś idei emancypacyjnych. I podobnie do tych postaw - na uczelniach. Najczęściej - paternalizowanie , pobłażliwość, marginalizowanie. Mówią: a, zróbcie sobie. Wiadomo, w życiu akademickim bywają ciekawostki. Rzeczy modne. Ale tu mają rację - to bywa modne (nie mówię tego oceniająco) i studenci często bardzo wysoko cenią gendery, bo jest tam wiele treści świeżych, aktualnych, nonkonformistycznych. Tam jest propozycja intelektualna, coś bardziej zgodnego z duchem czasu i możliwość oglądania, badania własnej rzeczywistości. Gendery na politycznej mapie są umiejscawiane przy lewicy i liberałach. Z tego wynika, że studiowanie może mieć wymowę polityczną. Czy Pani ujawnia swój światopogląd ucząc? Jest mi bardzo wygodnie na genderach. Tutaj mogę być tą kobietą z tęczową i czerwoną flagą, w koszulce z napisem: "miałam aborcję", "nie płakałam po papieżu", na miotle, i trzymającą w pysku jeszcze niedojedzone dziecko poczęte. Porwane być może na macę. Poważniej: oczywiście, ujawniam (znaczne elementy) światopoglądu. Inaczej być nie może. To samo dotyczy studentów. Nie mogę udawać, że feminizm nie ma konotacji politycznych, że ja nie mam określonego światopoglądu, nie zamierzam nikogo okłamywać - ale czasem muszę to i owo ponegocjować. Nie będę mówić tak, jak rozmawiam ze znajomymi na temat np. polskiego Kościoła, jeśli mogą być wśród studentów osoby, które to zaboli. Wtedy raczej chodzi przede wszystkim o pokazanie, że są też inne sposoby myślenia. Nie zdarzyło się, żeby na genderach ktoś używał np. kategorii "dziecko poczęte", gdzie indziej się zdarzyło. Nie zdarza się, żeby zarzucano mi indoktrynowanie. Pewna wspólna baza jest raczej ustalona. Jak opisałaby Pani z perspektywy ideologicznej i politycznej Gender Studies? Humanistyka nie może być neutralna światopoglądowo wobec idei. Jak się przejawia światopogląd w genderach? Możemy doraźnie podzielić systemy polityczne (czy ideologiczne) na egalitarne i elitarne, wkluczające i wykluczające. Podobnie z naukami humanistycznymi. Dla mnie przewodnia myśl genderowego myślenia jest wkluczająca - równe prawa dla wszystkich. Myślenie bez uprzedzeń. To ma oczywiście konteksty polityczne. I to wcale nie znaczy, że wszystkie feministki zachowują się bardzo egalitarnie, nic podobnego. Różnie się zachowują, bo są różnymi osobami. Nie należy tego mieszać. Dotychczas koncentrowaliśmy się na rodzimym podwórku. Jak w takim razie wygląda zachodnioeuropejska i amerykańska humanistyka widziana z perspektywy genderowych treści w porównaniu z polską? Czy takie porównania mają sens w ogóle? Boję się, że to nieporównywalne. Treściami genderowymi nasączone są przeróżne dziedziny humanistyki, w sposób w Polsce niewyobrażalny. Feminizm, women's studies, gender studies, queer dzisiaj - to stanowi dorobek humanistyki, około 40 lat. Są w tym wielkie nazwiska filozofii, Foucault, Derrida, Rorty ( nie chcę przez to powiedzieć, że byli feministami); są klasyczki feminizmu II fali i dziś nikt tego nie lekceważy. Lekceważenie tego byłoby żałosne i kompromitujące. Na przykład - na wykładach w SWPSie zaczynam od ksiązki antropologa angielskiego Chrisa Knight'a Blood Relations. Wielki antropologiczny przebój na świecie, z 1990 roku. Może będzie przetłumaczony w końcu i na polski. Koncepcja powstania ludzkiej kultury, która czerpie pewne kategorie z marksizmu i z feminizmu. Na Zachodzie bez neomarksistowskich teorii, bez genderowego myślenia nie ma co do humanizmu, do nauk społecznych się wybierać. Nie można sobie wyobrazić socjologii, psychologii, antropologii bez treści genderowych. Nie tylko humanistyka, również ekonomia i inne dziedziny... Natomiast w Polsce to opóźnienie jest na tyle wyraźne, że wciąż nie ma tłumaczeń wybitnych i ważnych współczesnych i historycznych dzieł - kamieni milowych, jak na przykład książek Judith Butler... Ja w ogóle nie wiem, dlaczego wydawcy boją się klasyki feminizmu - trochę się tego tłumaczy i te rzeczy raczej nie zalegają w księgarniach. Powinien być przekład choćby Sexual Politics Kate Millett i wiele innych. Natomiast niezależnie od tłumaczeń te treści genederowe pojawiają się w humanistyce. Najżywszy (i najmłodszy?) nasz umysł humanistyczny - mówię bez żartów - czyli profesor Maria Janion - wprowadza te genderowe rozumienia. W socjologii, w psychologii to raczej rzadkie. Ale w antropologii - świetny wkład prof. Tokarskiej-Bakir. Nie może też być politologii, która nie ujmie sprawy kobiecej. Nie może być socjologii, która nie będzie miała nachylenia genderowego. Psychologia bez tego uczulenia też jest jakoś archaiczna. Cała humanistyka jest absolutnie nasączona kategoriami płci, bo one są elementarne i odwieczne w kulturze. W zasadzie tłumaczeniami powinny zajmować się wydawnictwa uniwersyteckie. Z drugiej strony kadra akademicka wyjeżdża za granicę w celach naukowych, badacze i badaczki muszą śledzić na bieżąco literaturę przedmiotu. Dlaczego więc są oporni na genderową perspektywę w swoich badaniach? Bo są oporni na wszystkie piosenki, których nie znają. Bo świat jest pełen prac naukowych, część z nich nie ma znaczenia. Bo Polska jest krajem, który, w tym globalizującym się świecie, jest zaściankiem. Bo Polacy są głównie konserwatywni. Bo to nie jest kraj ludzi rzutkich umysłowo z namiętnościami do idei i dyskusji. Bo, żeby uprawiać naukę, sztukę, trzeba się posługiwać różnymi pojęciami, analizować, czy komentować z zewnątrz najczęstsze postawy czy idee. Spójrzmy na odbiór sztuki współczesnej. Za to się jest obśmiewanym (Kozyra), czy sądzonym (Nieznalska), czy ograniczanym - wiele innych wypadków. Artyści są w Polsce ogromnie cenzurowani. Humanistyka nie jest ceniona. Nauka w ogóle - niekoniecznie. Do uprawiania sztuki i humanistyki potrzeba otwartości, swobody i dystansu - a tu aura jest taka, że te cechy są w zaniku. To zaczyna być jak z Żartu Kundery. Tu jest duszno. Idea uczenia się o płci kulturowej pojawiła się niedawno w polskiej myśli humanistycznej. Czerpiemy garściami z zachodniej literatury. Czy według Pani, mamy jakiś wkład w teorię gender? Duży, jak sądzę. Poza tym, że opisana została sytuacja, znaczenie i tradycyjne wzorce dotyczące płci, kobiet w polskiej rzeczywistości historycznej -(Sławomira Walczewska) i współczesnej (Agnieszka Graff), w literaturze, w dzisiejszym kontekście politycznym, społecznym, że są naprawdę ciekawe prace o orientacji feministycznej (Janion, Brach-Czaina) - to absolutnie polskim zjawiskiem jest uchwycona i opisana analogia między Żydami w II RP, a dzisiejszym stosunkiem do gejów i lesbijek. To jest absolutnie polskie zjawisko. Niestety. Ja o tym pisałam wręcz obsesyjnie, inne osoby też podejmowały ten temat. To jest ten nasz wkład, który pokazuje, jak z jednej grupy mniejszościowej, bardzo opresjonowanej, przenosi się retorykę, schematy, sposoby zwalczania jej - na inną. Nic nie poradzę na to, że to jest smutny- ale oryginalny polski wkład w myśl gender. Ważne, że nie przegapiono tego ani nie przemilczano. Poza tym współczesna sztuka polska, nurt krytyczny: Kozyra, Żmijewski, Nieznalska, Libera, a teraz Tomasz Kozak - przecież oni wszyscy o genderze mówią. O ciele, o płci kulturowej. O seksualności - przez co rozumiem cały kompleks kształtowania naszego odbioru własnego ciała w aspekcie płci, kształtowanego przez rodzinę, system edukacji, religię, obyczaje, stereotypy - od chwili narodzin chyba do samej śmierci (bo stare ciało wymaga zmiany w myśleniu o sobie jako o istocie cielesnej, zatem i seksualnej). A do tego wypowiadanie się na te tematy, wszelkie niezależne myślenie jest bardzo trudne, zwłaszcza teraz, bo mamy ogromną autocenzurę i barierę polityczną w wypowiadaniu pewnych treści. Teraz zapytamy nieco przewrotnie: czy uczeniem/studiowaniem na genderach należy się chwalić? Bo doświadczenia naszych niektórych koleżanek i kolegów są w tym zakresie różne. Bywa, że nie ujawniają zakończonych studiów podyplomowych gender studies w CV. Ja się chwalę, to znaczy na pewno nie ukrywam.
Nie mam koleżanek, które by się nie przyznawały do wykładania na genderach ani nie znam studentów, by się nie przyznawali do studiowania. Problem bywa inny. Czasem studenci mają trudność z wyartykułowaniem swoich poglądów, zwłaszcza jeśli sadzą, że będą w mniejszości. Pamiętam takie zajęcia, kiedy bardzo aktywni byli konserwatywni panowie - to nie na UW - a kobiety pozwalały im mówić i siedziały cicho. Grupa młodych kobiet, dziewczyn omówiła swoje poglądy na przerwie, kiedy panowie wyszli. Chodzą na Manify, na parady, mają jak najsłuszniejsze - z mojego punktu widzenia - poglądy - i siedzą cicho! Ja siedzę nad swoimi papierami i słucham - no i co, powiadam do nich, to tu kobiety o słusznych poglądach milczą?! Na co jedna z nich - bardzo miła i sensowna dziewczyna - powiada: Bo powiedzą, że jestem wojującą feministką.
No i tu jest indywidualizm pogrzebany. Tu jest Polska, tu nie ma tradycji indywidualizmu. Przekaz mówi: nie trzeba się wyrywać przed szereg.
W duszy pomyślałam: i co z tego co oni powiedzą?! Czym one się przejmują? Te dziewczyny zresztą potem bardzo już się dzielnie wypowiadały.
Ale to wszystko mam na myśli mówiąc, że to jest Polska. Tu ludzie nie mają wprawy w byciu obok, w byciu niezależnym, w byciu mniejszością, w byciu ekscentrykiem, w byciu indywidualistą, gubią się, kiedy wypadają z grupy. Tu nie ma inności. Przypomina mi się opowieść mojej sąsiadki, która opowiadała, że jakiś czas temu, kiedy miał ją badać lekarz - był Czarny, z Afryki - weszła za łóżko i nie wychodziła. Dorosła kobieta! Wracając do Gender Studies, o którym myślimy, ze jest nie tylko kółkiem wsparcia i miejscem elitarnym. Absolwenci i absolwentki mają świadomość polityczną i społeczną i mogą to przekuć na działania praktyczne, w sferze politycznej, w biznesie, w instytucjach rządowych, pozarządowych i innych. Jakie zadania w takim razie widzi Pani przed edukacją w Polsce? Jak przed Herkulesem, kiedy zabierał się za stajnię Augiasza. Gigantyczne. W tym sensie, że tu świadomość tego, czym jest płeć kulturowa, że ona w ogóle JEST, że nie wszystkie rzeczy oczywiste są oczywiste - ta świadomość jest bardzo nikła. Uważam, że polscy mężczyźni są ogromnie konserwatywni, i to nie jest apetyczne, ten wzorzec męskości jest dla mnie niepociągający, taki jakiś pełen obaw, anachroniczny, tkwiący kurczowo przy starych stereotypach, dawnych wzorcach, choć rzeczywistość sama od nich odchodzi. A tu należy podkreślać męskość mężczyzn i kobiecość kobiet, co się rozumie przez odwieczne przypisane obu płciom cechy. Decyzje są - jakie? - męskie. Łzy są - jakie? - babskie. Umysł jest - jaki? - męski. Opiekuńczość jest - jaka? - kobieca. Mężczyzna jest - kim ? - myśliwym, który przynosi do jaskini zdobycz. Może Gendery w tym pomogą? Zmienią oblicze rzeczywistości? Gendery, czyli ten sposób myślenia o kulturze, który bezpośrednio pochodzi od II fali feminizmu, a ogóle wywodzi się z emancypacyjnej, lewicowej i liberalnej tradycji myślenia o człowieku i społeczeństwie, już wiele zmieniły. Gender Studies na UWWarszawskie Gender Studies (Podyplomowe Studia nad Problematyką Społecznej i Kulturowej Tożsamości Płci) istnieją już 10 lat i są pierwszą tego typu działalnością edukacyjną w Europie Środkowo-Wschodniej. Od lutego 1996 roku funkcjonują jako dwuletnie Podyplomowe Studium Gender Studies w ramach Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW, przy Wydziale Nauk Społecznych i Resocjalizacji. Założycielkami studium są dr hab. Bożena Chołuj oraz prof. dr hab. Małgorzata Fuszara. Do chwili obecnej są dyrektorkami. Studia odbywają się w trybie dziennym, a od roku 2002. również w zaocznym (spotkania co dwa tygodnie). Absolwentki i absolwenci studium specjalizują się w zakresie równości płci i praw mniejszości. Ukończenie studium jest równoznaczne ze zdobyciem zaliczeń z dwunastu przedmiotów oraz napisaniem i obroną pracy końcowej. Semestralna oferta programowa obejmuje wybór pięciu przedmiotów na studiach dziennych oraz trzech na studiach zaocznych. W "Katedrze", piśmie naukowym powstałym przy Gender Studies UW, wydawanym w roku 2001., Bożena Chołuj pisze: Fakt, że gender studies i women studies muszą być - zarówno w sferze badań, jak i nauczania - interdyscyplinarne, nie podlega dyskusji. O ile jednak kiedyś traktowano interdyscyplinarność nieco podejrzliwie, o tyle obecnie dość powszechne jest przekonanie, że zarówno nauczanie, jak i badania prowadzą do najciekawszych rezultatów, gdy przełamują dotychczasowe bariery pomiędzy dyscyplinami naukowymi. ("Katedra" nr 4, s. 3) W związku z tym na program studiów składają się autorskie interdyscyplinarne zajęcia w formie seminariów i warsztatów obejmujące problematykę płci w szeroko rozumianej humanistyce (w filozofii, prawie, literaturze, socjologii, antropologii, historii, historii sztuki). Przykładowo: w pierwszym semestrze studiów (1995/1996) tematyka zajęć skupiała się wokół problematyki płci, teorii i historii feminizmu oraz krytyki feministycznej i warsztatów genderowych (monitoring prasy codziennej). Jednostki lekcyjne zostały podzielone na następujące dyscypliny: prawo (Równość kobiet i mężczyzn w prawie i rzeczywistości społecznej), historia (Drogi rozwoju intelektualnego kobiet od końca XVIII w., do połowy XIX w.), kulturoznawstwo (Feminizm jako teoria polityki oraz Kobieta pisząca w kulturze w XVI i XVII wieku), pedagogika (Utrwalanie stereotypów płci w procesie socjalizacji; Wychowanie do pełnienia roli społecznej w zależności od płci), psychologia (Stereotypy i ich rola w kształtowaniu płci), literatura polska (Literatura i płeć), literatura obca (Czytając inaczej: feministyczne teorie interpretacji oraz Literackie konstruowanie płci na przykładzie wybranych utworów z literatury niemieckiej), monitoring prasy (Kategoria płci w języku prasy codziennej). Obecnie, w semestrze zimowym 2006/2007., studentki i studenci studiów dziennych mogą wybierać zajęcia spośród następujących: Obraz i gender. Wprowadzenie do analizy kultury wizualnej; Filozofie feminizmu; Krytyczne pisanie; Płeć i seksualność a nacjonalizm; Kobiety i mężczyźni w świecie stereotypów. Natomiast studia zaoczne oferują zajęcia: Kobiety biblijne dzisiaj. Dyskusje o spójności lub dualizmie pomiędzy naszymi przekonaniami a praktyką życia codziennego; Gender Mainstreaming jako normalizacja przekroczenia albo szanse i zagrożenia dla równości; Wielkie koncepcje socjologiczne a problem płci i seksualności. Kadrę nauczycielską tworzyły/li m.in.: Bożena Chołuj, Małgorzata Fuszara, Eleonora Zielińska, Izabela Filipiak, Agnieszka Graff, Bożena Umińska, Kazimiera Szczuka, Magdalena Środa, Kinga Dunin, Paweł Dybel, Joanna Mizielińska, Jolanta Brach-Czaina, Grażyna Borkowska. Gender Studies były siedliskiem różnych inicjatyw. W ramach studiów odbywały się cykliczne dyskusje panelowe - Spotkania Feministyczne. We współpracy z OŚKą organizowane były letnie szkoły feminizmu - obozy edukacyjne dla kobiet z całej Polski. Z Gender Studies związana jest również działalność edukacyjna pozauniwersytecka, np. cykl warsztatów dla młodzieży podejmujący problematykę feministyczną i genderową. Powołany został także Program Wspierania Inicjatyw Wydawniczych i Naukowych Promujących Tematykę Feministyczną i Równościową, w ramach projektu: wydawanie książek o tematyce genderowej, udział na Targach Książki i współpraca z wydawnictwami oraz powołanie do życia pisma akademickiego "Katedra" (ukazało się pięć numerów, wydawca: Fundacja Res Publica). Przypisykliknij oznaczenie przypisu by powrócić w odpowiednie miejsce artykułu 1) Bożena Umińska - polonistka i filozofka, dr nauk humanistycznych. Poetka, pisarka, publicystka, tłumaczka. Specjalizuje się w Gender Studies, które rozumie jako "dział nauk o kulturze". Jej książka Postać z cieniem. Portrety Żydówek w polskiej literaturze (2001) była nominowana do Nike. Współpracowała i współpracuje z wieloma pismami jako krytyczka literacka, filmowa oraz jako felietonistka i publicystka. Pisząc często posługuje się nazwiskiem Keff. Współtłumaczyła ważne pozycje feministycznej klasyki, m.in.: Słownik teorii feminizmu (1993) Maggie Humm, Kobiecy eunuch (2001) German Greer, Myśl feministyczna (2002) Rosemarie Putnam Tong. Ostatnio ukazała się jej publicystyczna książka Barykady. Kroniki obsesyjne lat 2000-2006, która jest jedną z pierwszych książek podsumowujących "neo-endecko-narodowy trend polskiej polityki i mentalności na początku XXI wieku". Na nasze pytanie o Barykady i diagnozę obecnej rzeczywistości politycznej, autorka odpowiedziała następująco: "W Polsce jest generalny szlaban na bycie poza prawicą, która się nie wstydzi i nie brzydzi swoich wartości idei, mało tego - mamy taka prawicę, która ma poczucie misji, oni nie rządzą, oni zbawiają. Podstawowym zaś zbawieniem są ich rządy. Natomiast nie ma rzeczywistej lewej strony. Kategoria gender i myślenie feministyczne lokuje się w tradycji szeroko rozumianej lewej strony, która tutaj wymarła, wymiotło ją. I to się wszystko przekłada na naszą sytuację. Bo nie inaczej jest w życiu politycznym, w strukturach władzy i nie inaczej jest na uczelni, czy w rodzinie. To są sprzężone wartości. Polska jest dziś egzotycznym krajem. Zródłem oficjalnych wartości jest Kościół katolicki. Jest źródłem określonego światopoglądu, wartości, ideologii, postępowania. Każdy młodzian z MW wyklepie, że feministki chcą wojny cywilizacyjnej, bo negują przyrodzone role męskie i kobiece. Bo promują (to słowo!) zboczenia (np. homoseksualizm). Bo burzą rodzinę, naród, cywilizację. Tym samym są czystą destrukcją. A teraz jest pytanie: ile osób z SLD - członków tej partii - podpisze się pod tym? Moim zdaniem sporo, choć może nieco zmienią słownik. W ogóle w Polsce wypowiadanie się w stanie gigantycznej niekompetencji jest ok. Można mylić "seksualność" z "seksem" i mucha nie bzyknie, o ile to polska mucha". |