Aktualny numeruniGENDER 1/2006 (2)TEMAT NUMERU:
|
Fantazmatyczna lesbijka w Europie Środkowej na przełomie XIX i XX wieku.Izabela Filipiak1)Nie przechodzą w zasadęTrudno powiedzieć, skąd u Elizy Orzeszkowej taka determinacja, żeby czynić uogólnienia na temat polskich kobiet. Przy okazji ujawnia, że podczas lat samouctwa nie przeczytała najważniejszych lektur - Piotra Chmielowskiego i Narcyzy Żmichowskiej. Dzięki temu jednak możemy się dowiedzieć, co składało się na wizerunek Polki na przełomie wieków i o czym należało zapewnić domniemanych zachodnich obserwatorów. W artykule Orzeszkowej O Polce Francuzom jest kilka informacji, które wydają się kluczowe. Rozpoczyna się on od stwierdzenia, że brak gruntownego wykształcenia odbija się na charakterze kobiet - tak jak wszystkie prace podnoszące kwestię emancypacji, poczynając od The subjection of women Johna Stuarta Milla - ale wkrótce jego ton się zmienia. Kobiety polskie, bądź w ogóle kobiety, pisze Orzeszkowa, są zanadto rozpieszczone, jeśli więc czegoś im potrzeba, to więcej samodyscypliny. Ale jak miałyby ją osiągnąć? Tego nie wiadomo, bo artykuł omija rafę wykształcenia, mieliznę życia publicznego, i skręca w stronę domu. A tu donosi się Francuzom, że Polki nie tęsknią wcale do zmian obyczajowych. Nie są zainteresowane ideą "«wolnej miłości», która nie wywarła pociągu na żadną, nawet najskrajniejszą frakcję naszych kobiet" (Orzeszkowa, 1999: 125) 2). Po czym następuje deklaracja (w pluralis maiestaticus) i dowiadujemy się w końcu, o co chodzi. "Rozumiemy potrzebę pobłażliwości dla ludzkich, więc i kobiecych zboczeń, obowiązek przybiegania z pomocą upadłym" (Orzeszkowa, ibidem: 124). Autorka najwidoczniej z kimś polemizuje - z jakimś autorem albo z jakimś poglądem, który włącza te zjawiska do ruchu emancypacyjnego. Mówi "nie" i wykonuje gest rejtanowski - po jej, Polki, trupie. "Nie chcę przez to twierdzić, aby nie istniały tu zboczenia powodowane przez namiętność. Owszem, w równej mierze niż gdzie indziej istnieją tu one jak wszędzie, gdziekolwiek są ludzie, tylko nie przechodzą w zasadę i nie mają nic wspólnego z ruchem emancypacyjnym kobiet" (Orzeszkowa, ibidem: 125). Czy Francuzów rzeczywiście interesowało to, że Mademoiselle de Maupin mogłaby żyć w Polsce, ale wyłącznie pod warunkiem, że nie będzie miała nic wspólnego z ruchem emancypacyjnym kobiet? A jeśli nie do Francuzów, to do kogo był ten list skierowany? Otóż wygląda on na kolejny list do kobiet niemieckich i do tych Polek, które uległy zagranicznym wpływom podczas studiów w Lozannie lub w Genewie. Powieść Aimée Duc Sind es Frauen? (Czy to są kobiety?), wydana w Berlinie w 1903 roku, prezentuje genewskie środowisko kobiet związanych z uniwersytetem. Mają one poczucie, że należą do elity nie tylko intelektualnej, lecz również obyczajowej, i definiują się bez wahania jako przedstawicielki "trzeciej płci". Pełne ogłady i pewności siebie, czerpią z jednej strony z teorii psychiatry Kraffta-Ebinga, w którym widzą obrońcę homoseksualistów, z drugiej - wysuwają postulat powszechnego wykształcenia kobiet, gdyż emancypacja wszystkich kobiet przyniesie także poprawę ich sytuacji. Uważają się za pionierki w czasach, gdy po raz pierwszy (w europejskiej kulturze nowożytnej) pozwolono kobietom myśleć i działać. Bohaterki powieści Aimée Duc nie mają zachwianego poczucia tożsamości - dobrze wiedzą, kim są, a ich rozmowy dotyczą poszukiwania najlepszych dla nich stylów życia i strategii przetrwania. W zależności od tego, z kim rozmawiają, twierdzą, że są kobietami lub że wcale nimi nie są (Duc, 1990: 1-23). Jak pisze Lynda Hart (za Slavojem Zizkiem czytającym Lacana): "[...] «sekret» lesbijskiej seksualności stał się nawet więcej niż zwykłym symptomem: «formacją, której solidność i spójność zakłada pewną nie-wiedzę ze strony podmiotu». Lesbianizm wymagał bardziej radykalnego wymazania, gdyż «czytane» symptomy w trakcie docierania do ukrytej zawartości mogłyby powrócić, żeby ukazać się w «historii» podmiotu" (Hart, 1994: 15). Hart najwidoczniej przyjmuje założenie, że lesbijka przerywa "wrażliwą społeczną pajęczynę, która może być w każdej chwili zniszczona przez akt wtargnięcia Rzeczywistego" (Zizek, 1997: 17). "Pragnienie między kobietami było stłumione nie tylko przez zakaz; stało się także tym, co nigdy nie powinno się ukazać w świetle Symbolicznego. Wyłączony z dostępności języka lesbianizm nie ma imienia ani znaczenia. A to, co jest wykluczone z symbolizacji, jak Freud by powiedział, «powraca»; a więc to, co jest usunięte z Symbolicznego, «musi logicznie ukazać się w Rzeczywistym»" (Hart, ibidem: 15). Jakby dla udowodnienia tego wywodu, to, co wygnane z Symbolicznego polskiej emancypacji kobiet na przełomie wieków, pojawia się w Rzeczywistym - w słowiańskich wątkach w powieści Duc. Główną bohaterką jest Minoczka Fernandoff (córka rosyjskiego Tatara i Francuzki), jej najbliższą przyjaciółką - polska arystokratka, która przyjechała za nią do Genewy. Marta Kinzey "studiuje tylko dla przyjemności" muzykę, dysponuje małą fortuną i wypowiada kwestie takie jak ta: "Musisz wiedzieć, co robisz, w szczególności wtedy, gdy jesteś inna niż wszyscy" (Duc, ibidem: 3). Książka wydaje się być pisana jako dokument środowiska. Wiele z tych rozmów musiało lub mogło odbyć się naprawdę pod koniec XIX wieku. Zatem polska arystokratka w Genewie nie wątpi, że ją i jej koleżanki uratować może tylko jawność w działaniu: "Na pewno - księżniczka Kinzey rzekła, po królewsku spokojna - musimy starać się mówić publicznie, ażeby o nas wiedziano, a nie nas ignorowano! Większość ludzi, nawet tych wykształconych, nic nie wie o naszym istnieniu, naszych potrzebach, naszych ludzkich prawach. A jednak to jest tylko nasza wina! Nie przemawiamy dość często, nie bronimy naszych tez, nie ujawniamy się swobodnie jako ludzie, którzy nie są ani mężczyzną, ani kobietą. Musimy mówić cały czas, musimy zaznaczać naszą obecność i nie możemy dać sobie wmówić, że jesteśmy chore, albo nieśmiało się zgodzić na fikcyjną pozycję nadzwyczaj utalentowanych kobiet, niechętnie akceptowanych; musimy powiedzieć to jasno, że jesteśmy ludzkimi istotami, które zasługują na uznanie, gdyż należymy bez wyjątku do inteligencji. Ale zdołamy zachować naszą tożsamość tylko wtedy, gdy odważnie wystąpimy z kręgu prawdziwych mężczyzn i kobiet, jeśli nie będziemy się sprzedawać pod fałszywą etykietką na rynku życia. I tak wystarczy, że jesteśmy zmuszone odgrywać komedię i udawać kobiety, doświadczać wszystkiego, czego kobiety muszą oczekiwać, kiedy stają się częścią dostawy towarów dla mężczyzn" (Duc, ibidem: 6). Te radykalne kobiety nie mają zamiaru odgrywać żadnej komedii - jak czyniły to Angielki w Cambridge. Z młodą Komornicką łączy je skłonność do inteligentnej drwiny. Mają świadomość własnej wyższości, ale nie żyją w elitarnej niszy. Są zarówno twórcze, jak i społecznie zaangażowane. Łączą swoje dążenia z postulatami ruchu kobiecego - domagają się małżeństw z wyboru i wykształcenia dla wszystkich kobiet. Przedstawiają się jako "coś pośredniego", ani mężczyzna, ani kobieta - a jeśli cierpią, to nie z tego powodu. Ich osobowości są zaskakująco stabilne. Na wiek XX chcą sobie zagwarantować prawo do niewychodzenia za mąż, do wykształcenia i profesji. Oponentom spokojnie tłumaczą, że większość "normalnych kobiet" i tak wybierze małżeństwo i wcale nie będzie konkurować z mężczyznami na rynku pracy. Swoją wyjątkowość kojarzą z kilkoma cechami - ze swym wybitnym intelektem, z prawością charakteru i z tym, że nie gustują w mężczyznach. Rozmawiają po niemiecku, francusku i rosyjsku z równą swobodą. Ponieważ nie są częścią "dostawy towarów", zachowują jasność umysłu, dystans i mogą pozwolić sobie na kpinę. Gdyby Augustyn Komornicki nie traktował córki jako przedłużenia samego siebie (i gdyby nie obawiał się, że szukająca towarzystwa radykałów Maria ulegnie wpływom anarchistów), to wysłałby ją na studia do Genewy. Szkoda, że tak się nie stało. Gdyby miała szczęście spotkać tam kilka osób, których refleksja i drwiące spojrzenie są bliskie jej postrzeganiu (chociaż są lepiej wykształcone i dojrzalsze od niej), mogłoby to wzmocnić jej talent i zmienić jej życie. W miarę upływu lat Komornicka będzie wytracać ton drwiny, tej siły, z którą Halszka wyśmiewała "imperatyw romansowy" i sprawiać wrażenie "duszy złamanej" (odnotowane przez Wacława Wolskiego). Kiedy tylko grupa genewskich odmieńców całkowicie zdyskredytuje instytucję małżeństwa, okaże się, że także "imperatyw romansowy" jest dla nich niedorzeczny. "Wiesz, w co ja wierzę? - wtrąciła się Wiedenka. - Rozsądna osoba nigdy nie pozwala sobie popaść w tak idiotyczne miłosne brednie. Dojrzały umysł, rozwijany przez poważne, głębokie studia, nie zajmuje się miłością, która oślepia. Kiedy słyszę o zbrodniach, o głupich i śmiesznych rzeczach popełnianych z miłości, zawsze wątpię w zdrowe zmysły kochanków. Dajcie mi spokój z miłością!" (Duc, ibidem: 8). Minoczka też uważa, że "osoba, która żyje w stanie zdrowej równowagi, nie ma czasu na nieszczęśliwą miłość; to choroba umysłowo niedorozwiniętych ludzi i próżniaków!" (Duc, ibidem: 8). Sądzi, że "popularna idea «miłości»" (Minoczka, podobnie jak Komornicka, używa znaczącego cudzysłowu) poetyzuje to, co jest "tylko mniej czy bardziej rozwiniętym popędem seksualnym. Wierzę, że ten rodzaj miłości, «zakochanie», jest naprawdę tylko fizyczną przyjemnością bądź nieprzyjemnością" (Duc, ibidem: 8). Panna Elżbieta, kapłanka miłości romansowej z Halszki, widok tego zgromadzenia wątpliwych kobiet wygłaszających antymiłosne deklaracje uznałaby zapewne za wcielony koszmar. "Myślę tak samo - roześmiała się lekarka. - Większość naszych kobiet cierpi z braku pracy i intelektualnego treningu i dlatego tak łatwo staje się ofiarą nieszczęśliwej miłości" (Duc, ibidem: 8). Dostrzeżmy, że genewskie rozmówczynie konotują miłość tylko heteroseksualnie. Jak zatem nazywają siebie i uczucia - bo uczucia są to niewątpliwie - którymi są związane? Nie wiadomo, nikt tego nie definiuje. A przecież te słowa zostaną poddane ciężkiej próbie już niedługo. Minoczka zaciśnie zęby, kiedy porzuci ją polska księżniczka, i skończy studia, dając życiu i powieści szansę na szczęśliwe zakończenie. Lynda Hart pisze dalej: "Twierdzenie Slavoja Zizka, że zakaz dotyczący czegoś, co już jest niemożliwe, niezmiennie potwierdza obecność Prawdziwego - że zatem «czyste nic», które jest włączone w znaczącą strukturę i skonstruowane następnie tak, iż możemy wyjaśnić tym zniekształcenia symbolicznej struktury, jest tą właśnie formułą, za pomocą której «prawdziwe» lesbijki zostają «Prawdziwymi» lesbijkami. Wykluczona z Symbolicznego, które jest już tylko męskim imaginarium, lesbijka staje się nigdy-nie-wypowiedzianym słowem, które oznacza wyrwę w signifier tegoż męskiego imaginarium. Lesbijka wyprowadzona z teorii inwersji nie była «banitą»; była raczej próżnią, wokół której biali eurocentryczni fallokraci wznosili swój patriarchalny system. Była wygnana z obszaru Prawa Ojca" (Hart, ibidem: 15). Teoria inwersji pod koniec XIX wieku stała się bardzo popularna; według niej homoseksualizm męski lub kobiecy zdarzał się wtedy, gdy dusza męska zamieszkała pomyłkowo w kobiecym ciele lub na odwrót3). Jak pisze Hart, lesbijka wyprowadzona z tej teorii nie jest banitą (jak u Baudelaire'a) ani przestępcą, tylko próżnią. W najlepszym razie "męski duch" ją zasiedlił. Przy tym nadal pozostawała wykluczona z obszaru Prawa Ojca od momentu skazania Lesbos i Femmes damnés Baudelaire'a w 1858 roku. Do powszechnych opinii, oprócz teorii inwersji, przenikały jeszcze tylko inwektywy (choroba, nerwy) 4). Postacią wygnaną z Halszki jest bezimienna guwernantka. Jest wypędzona z obszaru Prawa Ojca, jako że ojciec Halszki - zarówno z zawodu, jak i z funkcji symbolicznej sędzia - nie życzył sobie jej pobytu w swoim domu. Kolejne nonszalanckie zachowania Halszki, czy akty autodestrukcyjne, w tym ucieczka z wujem Markiem, stają się zrozumiałe jako niewypowiedziana żałoba po wygnanej. W paradygmat "trzeciej płci" wpisują się także bezpardonowe kpiny Halszki z "miłości", jej zapowiedzi, że się "nie zakocha", jej fantastyczny romans z karłem, który jest drwiną z heteroseksualnego priorytetu, oraz jej totalna, urzekająca (dla wuja Marka, irytująca dla pozostałych) negatywność. Bohaterkom powieści Aimée Duc wystarcza, że będą się określać jako przeciwieństwo - negacja tego, co jest normą. Aktorce Pierette dla samookreślenia wystarcza stwierdzenie, że nie jest "prawdziwą kobietą". A co to dla niej znaczy? Jako swą główną cechę postrzega ona dążenie do wolności: "Nie jestem tak wykształcona jak wy wszystkie i nie umiem tak pięknie przemawiać jak panna Fernandoff. A jednak - zgodnie z tym, co mówiłyście wcześniej - powinno mi się podobać bycie zakochaną! Ale tak nie jest! Bycie zakochaną jest obce mojej naturze i mężczyzna jest dla mnie jedynie konceptem! Sądzę, że ma to związek z moją naturą. Kobiety takie jak my nigdy nie pokochają mężczyzny. Myślę, że prawdziwe kobiety też kochają różnie i dlatego jest to bardzo mylące nazywać rozmaite odcienie sympatii czy przywiązania «zakochaniem». Wierzę, że zakochanie pozbawia cię wolności, i sądzę, że najwyższym dobrem jest zachować własną wolność!" (Duc, ibidem: 8-9). Zauważmy, że ani Pierette, ani Halszce nie chodzi o to, żeby seksualnie się rozbestwiać5). Halszka zachłystuje się wolnością, kiedy jeździ na łyżwach6). Seks jako cel obierają dopiero w pełni heteroseksualne postacie kobiece Komornickiej, takie jak Andronice - modliszkowate, sztuczne, wymuszone wcielenia7). Ich nieszczerość jest tak ewidentna, jakby autorka w nie odczytanym, ale ironicznym geście zaznaczała, że zostały stworzone pod heteroseksualne dyktando (jeśli wolno mi się zgodzić z Wacławem Wolskim i jego pretensjami do Baśni. Psalmodii8)). Tymczasem w Skrzywdzonych Leon wymawia Wandzie, że nie realizuje swoich teorii w praktyce (nie chce go za kochanka): "LEON (drwiąco). Gdzie jest twoja zasada najbujniejszego życia? Dziś daje ci ono samo sposobność nowych wstrząśnień, a ty je odrzucasz!... WANDA (zasępiona). Czy cię kocham?... Nie wiem! (wzburzona) Lecz nie... nigdy! Nigdy niczyją być nie chcę. Nie chcę należeć do żadnych stronnictw, jam sama stronnictwem. Ani do żadnych «kierunków» - mam własną myśl! Ani do mężczyzny, bom za mało kobietą. I twoją, twoją zwłaszcza Leonie być nie mogę... nie mogę należeć do człowieka, który własnej swobody szuka w zgwałceniu mojej... Chcę być wolną!..." (Komornicka, 1894: 495). To stwierdzenie Wandy, że czuje się "za mało kobietą", nie musi od razu stanowić zapowiedzi przyszłej transgresji rodzajowej Komornickiej. Przywołuję książkę Aimée Duc po to, żeby pokazać, jak takie deklaracje mogły być rozumiane na przełomie XIX i XX wieku i w jakich okolicznościach były wypowiadane. Genewskie studentki, chociaż nazywają siebie przeciwieństwem "normalnej kobiety", nie sądzą, by wyrzekały się tym samym kobiecości. One najwyżej wyrzekają się "kobiecości". Jak mówi Minoczka (w rozmowie z doktorem, który nęka ją propozycją małżeństwa): "Bo co też jest ten koncept «kobiecości»? Życzenie dyktowane przez mężczyznę, aby ukształtować kobietę zgodnie z własnym smakiem. Zatem ten, kto wierzy, że kobiety postrzegane przez mężczyzn jako «kobiece» są takie naprawdę, myli przyczynę ze skutkiem. Te naprawdę «kobiece" to zatem te, które zachowują własną indywidualność i tworzą specjalny gatunek, psychicznie i fizycznie" (Duc, ibidem: 11). No i proszę, jedynie w obrębie "trzeciej płci" udaje się ocalić kobiecość...! Nazywasz się inwertką, typem pośrednim, trzecią płcią - a stajesz się kobietą, nieskrępowaną, bo niekształtowaną według dominujących upodobań. Taką kobietą, która chce zachować własną indywidualność, pragnie być Halszka. O specjalnym gatunku rozmawiają też Leon (szyderczo, insynuacyjnie) i Wanda: "LEON (po chwili). Widujesz ludzi? WANDA Pewien ich gatunek. LEON (szyderczo). Gatunek twój! WANDA (poważnie). Nie, jam jedna!..." (Komornicka, 1894: 484). Wanda dobitnie stwierdza, że jest jedyna na świecie (jako inteligentna, twórcza, "za mało kobieta"). Nie wierzy, że można cokolwiek wynegocjować i osiągnąć legalnie. Jest to najważniejsza różnica między bohaterkami wczesnych utworów Komornickiej a bohaterkami powieści Duc. Genewskie studentki są przekonane, że jawne działanie w obrębie prawa musi przynieść rezultaty. Tę pewność siebie (ujawnianą przez autentyczne postacie z ich pokolenia) zakłóci dopiero działalność faszystów. Jeśli celem fin de siecle'u jest "walka o indywidualność", a dramat Wandy pokazuje konsekwencje zgody na fałszywe życie, to doceńmy, że po stu latach spełniła się wizja Minoczki, która tak wyobraża sobie lepszy świat: "Mam na to swój pomysł - uśmiechnęła się. - Zacznę od założenia, że każda zdrowa kobieta powinna być przygotowywana do zawodu tak jak mężczyzna. Każda według swoich talentów. Niektóre zajęłyby się rzemiosłem, inne handlem, pracami biurowymi, studiami uniwesyteckimi bądź sztuką! Potem rozeszłyby się bez urazy, niektóre po to, by znaleźć szczęście w małżeństwie, inne zaś po to, żeby stanąć na własnych nogach jako wolne osoby. W ten sposób nie byłoby żadnego ryzyka, ponieważ decydowałyby o tym predyspozycje danej osoby, a liczba tych, które chcą wyjść za mąż byłaby zawsze dostatecznie duża. Jednakże wiele kobiet uwolniłoby się od małżeństwa, które jest dla nich torturą i do którego teraz są zmuszane; stan małżeński, z drugiej strony, skorzystałby na tym, gdyż wstępowałyby weń tylko te osoby, które naprawdę tego chcą" (Duc, ibidem: 12). To, co kiedyś wydawało się wolnością, dziś wygląda na społeczny postęp. Minoczka w Monachium spotka "niezależne kobiety, które publicznie wyjawiają, że należą do trzeciej płci" (Duc, ibidem: 18). Chętnie omawia z nimi sprawy, które ją żywo interesują, to znaczy zarówno swą "niekobiecą" tożsamość, jak i sytuację kobiet w Niemczech, w tym "przeciwności, które napotykają, chcąc zaspokoić swoje pragnienie nauki" (Duc, ibidem: 18). To, co w Polsce szokowało jako radykalizm, co musiało być przez Elizę Orzeszkową wyklęte z emancypacyjnej ambony, na zachód od Odry było tematem kawiarnianych rozmów9). Rejtanowska postawa Orzeszkowej musiała być dość kłopotliwa, gdyż zagadnienie trzeciej płci wówczas było ściśle połączone z kwestią emancypacyjną. Kiedy osoba powiedziała już sobie, że "kobiety takie jak my nie powinny wychodzić za mąż" (Duc, ibidem: 20), potrzebna jej była szkoła i zawód. Jeśli zostawała feministką, to zajmowała się dodatkowo wspieraniem heteroseksualnych kobiet. Przy tym jej egzystencja bez nazwy stawała się coraz bardziej widoczna i dyskutowana w prasie. Jej skłonność do swobody jest uznana za przejaw seksualnej aberracji i nazwana potworną. Gdy osądzający głos (superego? Prawo Ojca?) w finale Femmes damnés posyła fatalnie zakochane Delphine i Hippolyte na bezdroża piekielnego wygnania ("- Descendez, descendez, lamentables victimes, / Descendez le chemin de l'enfer éternel! / Plongez au plus profond du gouffre, ou tous les crimes, / Flagellés par un vent qui ne vient pas du ciel" (Baudelaire, 1959: 172)), Baudelaire zdaje się maszerować wraz z banitkami, a to niemało. Pasywno-agresywny Leon, który dotąd nie wiedział, czy chce się z Wandą solidaryzować, czy ją potępiać, w końcu zsyła Wandę na jej prywatną Syberię, czyniąc to przy użyciu niemal tych samych słów i kadencji. "LEON (zrywa się i chwyta kapelusz). Więc bądź wolną, potworna egoistko swobody; bądź wolną wśród pustyni, niewolnico swej żądzy niepodległości; marznij i zgrzytaj zębami w lodowej pustce i odosobnieniu! Niechaj kiedyś istotą twoją wstrząsa spóźnione pragnienie miłości; niechaj wtedy dusza twoja i nerwy wiją się w szale tęsknoty za życiem wspólnem, za szczęściem! - niech przedwczesną starość twoją spopieli żądza życia, a pod zwiędłym, spalonym przez żar dręczonych pragnień ciałem pęka samotne, przez żal za pustym życiem rozrywane serce; żyj swobodnie wśród chłodnych mgławic myśli, wśród ognia muzyki twej bez słuchacza; ty dźwiękom kiedyś zazdrościć będziesz siły i ciepła; ty wtedy przeklniesz twórczość swą i działalność, przeklniesz te potworne pasożyty twej duszy za zabicie człowieka, kobiety w tobie... Ha! ty człowiekiem być nie chcesz?... Żyć po ludzku jesteś zbyt dumną?... Przyjdzie chwila, że konać będziesz z rozpaczy, że nikt o tobie jako o człowieku nie myśli!... (Wanda blada, nieruchomo patrzy na niego). LEON (gwałtownie, przysuwając się do niej). Więc nie, nie, nie? WANDA (blada, dobitnie). Nie. LEON (otwiera drzwi, wychodzi - wraca, chce coś powiedzieć, lecz wstrzymuje się i przez zęby) Potworze! (wybiega)" (Komornicka, 1894: 497). Jak pamiętamy z Powrotu ideałów, w dyskursie liberalnym (a Leon jest jego przedstawicielem) człowiekiem można się stać tylko w jeden sposób, przez asymilację. Duchowo uwznioślonaZgodnie z tym, co pisze Lillian Faderman w obszernej pracy Surpassing the love of men, wiek XIX w Europie charakteryzował się afirmacją romantycznej przyjaźni, która nosiła wszelkie cechy miłości i zapewniała bezinteresowne emocjonalne wsparcie. Ideał ten promowany był przez pisarzy epoki romantyzmu w Anglii tym chętniej, iż powszechnie było wiadomo, że tego rodzaju uczuciowej więzi brakuje w małżeństwie (Faderman, 1981: 411). Romantyczna przyjaźń była szczególnie atrakcyjna dla kobiet. W Polsce ideał romantycznej przyjaźni propagowała Narcyza Żmichowska w powieści Biała Róża, wskazując zarazem na korzyści płynące z takiej przyjaźni zarówno dla rodziny, jak i dla kraju (autorka używa świadomie argumentu utylitarnego, wiedząc, że nim najlepiej przekona swoich odbiorców) (Filipiak, 2001: 137-144). W połowie XIX wieku nikt nie miał wątpliwości, że małżeństwo jest jedynie finansową ugodą rodzin. Gautier kontestował głosem panny de Maupin: "Z przerażeniem można myśleć o tym - i nie myślimy o tym - jak niewiele wiemy o życiu i zachowaniu tych, którzy zdają się nas kochać i których poślubiamy. Ich prawdziwe życie jest tak całkowicie nam nieznane, jakby to byli mieszkańcy Saturna czy jakiejś innej planety oddalonej o wiele milionów ligii [1 ligia = 4,8 km] od naszego świata. Zdaje ci się, że należą do innego gatunku i że najmniejszego intelektualnego połączenia nie ma pomiędzy płciami; cnoty jednych są przywarą drugich i to, co jest godne podziwu w mężczyznach, jest wstydem dla kobiet" (Gautier, 1981: 205). Kobiece przyjaźnie rozgrywały się często na planie epistolarnym. Korespondentki marzyły o tym, by móc "czarująco mieszkać razem", lecz zwykle nie dysponowały majątkiem, który pozwoliłby im to pragnienie zrealizować. Nie miały poczucia, że popełniają wykroczenie, nie czuły się odmieńcami, nie groziło im wyobcowanie czy życie w konspiracji. Przeciwnie - przyjaciółka najlepiej chroniła przed wyobcowaniem. Dziewiętnastowieczna przyjaciółka była źródłem inspiracji i oparciem w nieprzychylnym świecie. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych XIX wieku przestaje być jednak wzorem przyjaźni, miłości i cnoty, a staje się tym, kim przez cały ten wiek był homoseksualista, to znaczy potworem10). Jak pisze Lillian Faderman, wiąże się to z wyodrębnieniem seksuologii jako nauki, która doprowadziła do patologizacji homoseksualizmu, co w gruncie rzeczy sprzyjało homoseksualizmowi męskiemu, najczęściej traktowanemu w Europie jako przestępstwo, natomiast w odniesieniu do związków między kobietami (sądzono, że te relacje rozwijają się w sferze emocjonalnej i duchowej) było uwstecznieniem. Widzimy jednak, że dziewczęta z powieści Aimée Duc Sind es Frauen? bez zastrzeżeń porzucają dawną kategorię "przyjaciółki", chętnie zaś określają się jako "coś pośredniego", trzecia płeć. Dlaczego? Chociaż termin je naznaczał, to zarazem przynosił jawność oraz możliwość sensownego planowania życia. W Anglii według niepisanego społecznego kodu romantyczna przyjaźń między dwiema kobietami miała rację bytu tylko wtedy, gdy nie było mężczyzny, który chciałby poślubić jedną z nich. W Niemczech groziły kobietom srogie kary za noszenie męskiego stroju. Z końcem XIX wieku, w związku z emancypacją kobiet, pojawił się nowy przekaz - okazało się, że dążenie do zdobycia wykształcenia i do podjęcia pracy jest cechą męską, a chęć do nauki - przejawem lesbianizmu, który zaczęto definiować jako chorobę. Powszechnie uznano, że kobiety, które kończą studia, nie wychodzą za mąż11). Czy zatem można się dziwić pani Jaworowskiej z Halszki - jej skłonności do piętnowania wykształcenia córki i do traktowania przejawów edukacji jako choroby? Z początkiem XX wieku nawet korespondencyjne przyjaźnie, ulubione przez Narcyzę Żmichowską rozważania o życiu i sztuce, stały się podejrzane. Dziewczyna dorastająca na przełomie XIX i XX wieku (jak Komornicka, jak Villaume) musiała ulokować swoje uczucia w mężczyźnie albo nauczyć się żyć z piętnem potworności, na marginesie społecznym12). Jeśli na marginesie społecznym spotykamy ciekawych ludzi, jeśli stać nas na poczucie, że należymy do elity, to może to być atrakcyjna propozycja. W innych wypadkach musiało być mniej przyjemnie. W 1901 roku w wydawanym w Lipsku "Jahrbuch fur Sexuelle Zwischenstufen" (Rocznik Pośrednich Typów Seksualnych) ukazał się anonimowy esej pod tytułem Wie ich es sehe (Jak ja to widzę), którego autorka, pani M. F., osoba o naturze artystycznej, opowiada, w jaki sposób przeżyła duchową przemianę. Pewnego razu, wracając z intymnego spotkania, sięgnęła w pociągu po książkę, której tytuł przykuł jej uwagę. Lektura Wydziedziczonej ze szczęścia miłości wywołuje takie doznanie: "Pogmatwany obraz wślizgnął się do mojej duszy - zapamiętałam coś o «kończeniu się szaleństwem lub samobójstwem». Miałam trzydzieści dwa lata w tamtym czasie. Tortura rozstania i letniego upału - w połączeniu z wrażeniami z książki - doprowadziły mnie do choroby. Umrzeć po tej rewelacji - to wydawało mi się jedyną nadzieją, jedynym rozwiązaniem. Tak, chciałam umrzeć - ale - nie umarłam"(M. F., 1990: 49). Pani M. F. informuje o swoim odkryciu przyjaciółkę, która najpierw ją wyśmiewa, a potem wyjawia, że... zakochała się w mężczyźnie. Bohaterka, wyczerpana emocjonalnie, naraz doznaje olśnienia. "Zmiana zaszła we mnie spokojnie, powoli. W pełni doświadczyłam powiedzenia: «Szukałam ciebie i odnalazłam się». Moja jaźń wypełniła się nieśmiałym zdumieniem; wciąż w odrętwieniu, przeczuwałam swoje królestwo" (M. F., ibidem: 49). W następstwie tych wydarzeń pani M. F. trafiła do grupy wsparcia, gdzie ludzie obojga płci praktykują wyłącznie duchowe związki, pragnąc wyleczyć się z homoseksualizmu. Odkąd rozpoznała szlachetną stronę swoich uczuć, jej inklinacje przestały ją przerażać. Znalazła ukojenie, lecz nie straciła "żadnej z wartości życia". "Wprost przeciwnie, ludzie ukierunkowani duchowo zapewnili mi wiele złożonej, bogatej w niuanse sympatii. Nieświadomie sama także uczyłam innych, że można kochać czyjąś duszę i że to jest magiczne. Moi przyjaciele mnie potrzebują. Dzielę z nimi ich zainteresowania, mamy piękne, wolne od ról związki" (M. F., ibidem: 50). Dziś pani M. F. może nawet zaangażować się w l'amitié amoureuse z mężczyzną. Między nią a nim wibruje "wyjątkowa melodia", która, co najważniejsze, wyzwala jej twórczy potencjał13). Chociaż celibat ma wiele zalet, które należy traktować poważnie, trudno nie dostrzec, że przeduchowienie anonimowej autorki, pani M. F., następuje w podobnym rytmie jak przeduchowienie Marii Komornickiej - w obydwu wypadkach lęk przed obłędem jest motorem. Siostra pisarki, Aniela Komornicka, nie musiała przebierać się w kostium dziewiętnastowiecznej przyzwoitki, kiedy pisała: "O ile mi wiadomo, to - poza bardzo krótkimi i nielicznymi momentami całkowitej utraty świadomości - siostra moja borykała się raczej z wiarą w źle pojęty rozwój wewnętrzny i zewnętrzny, któremu samowolnie wyznaczała: kierunek, etapy i czas spełniania się według najtajniejszych snów o pięknie, potędze, szczęściu" (Komornicka A., 1964: 332). Droga dzieląca namiętną i żarliwą autorkę listów do Zofii Villaume od irytująco apodyktycznej osoby, która miała na celu wyłącznie swoje duchowe przekształcenie, nie jest nam do końca znana. Autorce wyznania opublikowanego w berlińskim roczniku i Komornickiej chodzi o jedno i to samo - o własną twórczość i o stworzenie możliwie dogodnych dla niej warunków. Coś pośredniegoW liście do matki z 29 września 1902 roku Maria Komornicka pisze z Zakopanego: "[...] namnożyło się ludzi, a raczej kobiet, których liczba jest tutaj rozpaczliwa. Spotyka się gromady po dziewięć i dwanaście bab, wśród których z miną na poły zawstydzoną, na poły dumną niknie jakaś mizerna sylweta tużurkowa. - Robię, co mogę, by uchodzić za coś przynajmniej pośredniego, nikt jednak dotąd nie poznał się na tem" (Komornicka, 1902). Ona drwi, oczywiście, i ze swoich usiłowań, i z własnego uporu. To nie poczucie wyobcowania, jeszcze nie, to jest przyjemność z bycia osobno, a także afirmacja, bo przecież Komornicka świadomie kreuje swoją tożsamość. Nikt nie poznał się na tym - co nie umniejsza wysiłku włożonego w to, aby różnić się od tych kobiet. W przeciwieństwie do nich Maria jest aktywnym twórcą swojego "ja". Lokuje się pomiędzy kobietami, które przyjmują heteroseksualność jako daną z góry, a sylwetkami tużurkowymi. Podobnie postępuje Minoczka i to pozwala jej przenosić się z jednego miasta do drugiego i zawsze znajdować towarzystwo do rozmowy o swojej pośredniej kondycji. Maria zapewnia matkę, że takich kontaktów nie szuka. Ona tylko z Anną Komornicką będzie o tym rozmawiać. Przełom XIX i XX wieku to szczególny okres w Europie Środkowej; wtedy, tak jak Maria Komornicka, tworzyli swoją tożsamość przedstawiciele i przedstawicielki "trzeciej płci" (dziewczyny takie jak Minoczka). Czynili to, pisząc listy do psychiatrów, zamieszczając eseje-wyznania w "Jahrbuch fur Sexuelle Zwischenstufen", występując na konferencjach i budując grupy wsparcia. Bez względu na to, jak chętnie i często przedstawicielki "kobiecych typów pośrednich" podkreślały duchowe i emocjonalne aspekty swoich osobowości, motywacyjny, inspiracyjny, a także artystycznie twórczy charakter swoich związków, nie zmieniało to faktu, że z końcem XIX wieku seksualność stała się przedmiotem medycznych dociekań. Szukano powiązań między orientacją seksualną a tożsamością, posługując się przy tym metodami, które dziś uznalibyśmy za poetyckie. Pierwszym znaczącym badaczem z obszaru niemieckiego był Karl Heinrich Ulrichs (1825-1895), prawnik z wykształcenia, pisarz z upodobania. Na podstawie studiów nad literaturą klasyczną i embriologią około 1862 roku stworzył teorię, którą rozwinął w dwunastu tomach wydanych w latach 1864-1869. Zgodnie z nią homoseksualista to typ uraniański (Urning), dusza kobieca zamknięta w męskim ciele, a homoseksualistka (Urningin) to dusza męska w ciele kobiecym. Pragnienie związku z osobą tej samej płci nie jest w ich wypadku grzechem ani chorobą, lecz skutkiem metempsychozy albo procesu, który zachodzi przed narodzinami. Sam termin został wywiedziony z Uczty Platona. Według Pausaniasza, jednego z gości, miały istnieć dwie boginie miłości. Starsza Afrodyta, córka boga Uranusa, jest bardziej szlachetna i nie zajmuje się zwykłą miłością wszystkich ludzi. Mężczyzna, który uległ wpływom Starszej Afrodyty, kocha się w chłopcu i pozostaje mu wierny przez lata. Z czasem badacz rozwinął skomplikowaną klasyfikację tożsamości kobiet i mężczyzn typu uraniańskiego na podstawie cech rodzajowych ich samych oraz obiektów ich miłości. Ulrichs wierzył, że pożądanie rozwija się niezależnie od organów płciowych, że zawiera się ono w psychicznych "zawiązkach" lub "zarodkach", może więc się zdarzyć, że zarodek męski znajdzie się w ciele o kobiecych cechach. I na odwrót, zarodek kobiecy może wpaść do ciała o cechach męskich. Pożądanie badacz oznaczył jako męskie albo jako żeńskie w zależności od tego, czy jego obiektem ma być mężczyzna (wtedy pożądanie jest "kobiece") czy kobieta (bo wtedy pożądanie jest "męskie"). Ta afirmatywna teoria z początkiem lat osiemdziesiątych stała się popularna w Europie i współgrała z pojęciem "trzecia płeć" i z przekonującym obrazem duszy uwięzionej w ciele i w transgresji (Hogan, Hudson, Holt, 1999: 551-552). W 1868 roku Ulrichs został wyśmiany, gdy próbował przekonać w Monachium zgromadzenie jurystów, że miłość uraniańska zasługuje na tolerancję. W latach osiemdziesiątych opuścił Niemcy na znak protestu wobec wprowadzonego w 1871 do kodeksu nowo zjednoczonego państwa paragrafu 175. Jego teoria zainspirowała psychiatrów, takich jak Richard von Krafft-Ebing. Ten jednak skłaniał się do zaklasyfikowania homoseksualizmu jako wrodzonej choroby. Także sformułowana przez Ulrichsa definicja nie przetrwała. Poręczniejsze pod względem medycznym okazały się terminy "homoseksualny" i "heteroseksualny", których twórcą był węgiersko-niemiecki lekarz Karol Maria Kertbeny, stały korespondent Ulrichsa. Użył ich po raz pierwszy publicznie w otwartym liście do pruskiego ministra sprawiedliwości w 1869. W tym samym roku doktor Karl Friedrich Otto von Westphal opublikował artykuł, w którym uznał "przeciwne uczucia seksualne" za przejaw choroby psychicznej, a nie moralnego upadku. Terminologia ta ("przeciwne uczucia seksualne", "inwert", "inwertka", "inwersja") także przyjmie się w medycynie. Wszyscy ci lekarze czynią wysiłki, by homoseksualizm przestał być przedmiotem zainteresowania niemieckiego prawodawstwa i by uczynić go obiektem badań dla powstającej właśnie gałęzi nauk medycznych, psychiatrii. Niemiecki neurolog Richard von Krafft-Ebing, jeden z najbardziej cenionych profesorów psychiatrii w Europie, w 1886 wydał dzieło Psychopathia Sexualis. Książka przeznaczona dla lekarzy niespodziewanie stała się lekturą popularną (do roku 1902 wznowiono ją dwanaście razy). Krafft-Ebing zebrał setki medycznych i sądowych raportów, żeby wykazać, że niektórzy ludzie, obciążeni przy narodzeniu, ulegają "moralnej degeneracji" łatwiej niż inni. Dodatkowo badacz sklasyfikował i nazwał takie zjawiska, jak: pedofilia, fetyszyzm, masochizm, sadyzm i ekshibicjonizm. Z czasem odkrył, że mogą one się rozwijać w obrębie zarówno homoseksualizmu, jak i heteroseksualizmu. Liczni czytelnicy tej książki mogli się dowiedzieć, że nie są osamotnieni w swoich przypadłościach. Krafft-Ebing prowadził rozległą korespondencję z czytelnikami, podczas której odkrył, że emocjonalne spełnienie (miłość, więź) ma znaczenie dla homoseksualistów, którzy, zamiast szukać perwersji, zdają się realizować romantyczny ideał. Na rok przed śmiercią, w artykule zamieszczonym w "Jahrbuch fur Sexuelle Zwischenstufen", wycofał się częściowo ze swej teorii degeneracji, stwierdził bowiem, że niektórzy homoseksualiści mogą być normalni. Jednak wykształceni czytelnicy zostali już przekonani, że z medycznego punktu widzenia homoseksualizm jest chorobą psychiczną. Krafft-Ebing prowadził prywatne sanatorium dla pacjentów z wyższych sfer, gdzie leczył homoseksualizm takimi metodami, jak: spacery, diety, kąpiele, wypoczynek, masaże, hipnoza i wczesna forma psychoanalizy. Badacz odkrył, że możliwość opowiadania o sobie przynosi ulgę. Jego pacjenci, najczęściej zniewieściali mężczyźni, chętnie mówili o swoich doświadczeniach. W przeciwieństwie do nich, kobiety nigdy nie zgłaszały się do wiedeńskiego psychiatry dobrowolnie, były przysyłane na leczenie przez rodzinę, a badacz nie potrafił nawiązać z nimi kontaktu. Nic dziwnego, że w wydaniu Psychopathii Sexualis z 1901 roku odnotował tylko pięćdziesiąt znanych na świecie przypadków lesbianizmu (Hogan, Hudson, Holt, ibidem: 332-333) 14). Wreszcie Magnus Hirszfeld, postać magnetyczna, lekarz z wykształceniem filozoficznym. W 1896 roku wydał broszurę Safo i Sokrates, w której dowodził, że związki tej samej płci winny być akceptowane jako jeden z przejawów ludzkiej seksualności. 14 maja 1897 założył w Berlinie Naukowy Komitet Humanitariański, aby walczyć o zniesienie paragrafu 175. Jego petycja z 1898 roku, opatrzona podpisami ważnych postaci życia publicznego, przepadła w Reichstagu. Twierdził, że przyczyna homoseksualizmu leży we wrodzonych biologicznych czynnikach, które wpływały też na psychologię jednostki, tworząc tym samym przedstawicieli "trzeciej płci" bądź "pośredniej płci". W 1899 Hirschfeld wydaje pierwszy z dwudziestu trzech tomów "Jahrbuch fur Sexuelle Zwischenstufen". Rocznik będzie wydawany do 1923, a zamieszczane w nim artykuły kobiet i dotyczące kwestii kobiet w ruchu uraniańskim miały przekonywać czytelników o tym, że kobiety także mogły należeć do "trzeciej płci" oraz że lesbianizm jest wrodzony. Hirschfeld pragnął angażować dla wspólnej sprawy "intelektualnie wybitne uraniańskie damy". Oprócz rocznika wydawał też wiele własnych artykułów, broszur i książek. W 1903 przeprowadził pierwsze na świecie badanie seksualnych preferencji (2,2% respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie o stosunki jednopłciowe), a w 1919 założył Instytut Badań nad Seksualnością, którego archiwum zostało zniszczone przez nazistów w 1933 roku (Hogan, Hudson, Holt, ibidem: 281-282). Na jego nazwisko, jak i na nazwisko Kraffta-Ebinga, powołują się bohaterki powieści Aimée Duc. Temat był dość popularny, aby wzbudzać żywiołowe dyskusje w kawiarniach: "Starszy z dwóch mężczyzn zaśmiał się kpiąco. «Dzięki Bogu, że nie rozumiemy waszych poglądów. Ale a propos Kraffta-Ebinga. Czy to nie ten, który broni perwertów?» Dumnie rozejrzał się dookoła stołu. «Oczywiście» - powiedziała Minoczka. - «To on, autor pracy Psychopathia Sexualis, której laicy i nieoświeceni przyglądają się z chciwością, ciekawością i pożądaniem!» Jej towarzyszki roześmiały się cicho, obcy mężczyźni nie odpowiedzieli. Potem zaszeptali między sobą, zapłacili kelnerowi, który akurat przechodził i wyszli. «Do widzenia!» - powiedzieli grzecznie, lecz chłodno towarzystwu przy stole, jakby nigdy wcześniej nie zamienili tu z nikim słowa. Wszyscy się roześmiali. «Wygoniliśmy ich do domu!» Berta Cohn zaśmiała się radośnie. «Szkoda!» - powiedziała Minoczka. - «Miałam ochotę dalej ich inicjować! Chciałam im powiedzieć, że my należymy do tych 'typów Kraffta-Ebinga'! Myślę, że wtedy by zemdleli!»" (Duc, ibidem: 17). Bohaterki powieści Sind es Frauen? znajdują się w uprzywilejowanej sytuacji. Tworząc silną grupę wsparcia, mogą wybierać, co najlepsze z dostępnych im teorii, i cieszyć się samoakceptacją. Dzięki temu traktują swoją seksualność nie tylko jako wyzwanie, ale i jako źródło pozytywnych doznań. Czują się inne, bo mają niezależne umysły. W ich epoce zaś niezależne umysły mieli tylko mężczyźni. Retoryczne pytanie zawarte w tytule odnosi się zatem ironicznie do tego, jak te kobiety były postrzegane. Inni kwestionują ich kobiecość i one też czasem tak czynią, ale ich osobowości nie są usztywnione. Bohaterki Duc emanują życiem, kobiecością i naturalnym ciepłem, jak Halszka, jak narratorka Raju młodzieży i jak Komornicka w okresie korespondencji z Villaume. W kwestii wyznaczników "trzeciej płci" niektóre uranianki wypowiadały się w bardziej rygorystycznym tonie. Pisarka i działaczka Anna Rueling stwierdziła, że "homoseksualna kobieta posiada wiele cech, inklinacji i zdolności, które uważane są za męskie. Szczególnie oddala się od kobiecych norm w sferze emocjonalnej. Chociaż uczucia niemal zawsze - wyjątki potwierdzają regułę - rządzą życiem heteroseksualnej kobiety, uranianka kieruje się czystym umysłem"(Ericsson, Faderman, 1990: XVIII). Zewnętrzne cechy męskie uranianki zwykle harmonizują z jej "wewnętrznym ja". Uraniańskiej damie nawet wypadało mówić basem. W odczycie na konferencji Naukowego Komitetu Humanitariańskiego, która odbyła się 8 października 1904 roku w Berlinie, Rueling oświadcza: "Oczywiście nie wszystkie homoseksualistki demonstrują męski wygląd zewnętrzny, aby szedł w parze z ich wewnętrzną jaźnią. Jest wiele uraniańskich kobiet, które mają całkowicie kobiecy wygląd i podkreślają go dodatkowo bardzo kobiecym zachowaniem, ażeby uniknąć odkrycia, że są homoseksualistkami. Jest to komedia gorzka i bolesna dla tych, którzy muszą brać w niej udział" (Rueling, 1990: 89) 15). Zatem musisz wyglądać jak mężczyzna, żeby nie zostać uznana za hipokrytkę. Uranianki z przełomu wieków nie definiowały siebie poprzez inwersję pożądania. Ich miłość nie musiała kierować się ku kobiecie, jej obiektem mógł być równie dobrze kobiecy, delikatny mężczyzna. Ważniejsze było dla nich, że "myślą jak mężczyźni" oraz że urodziły się z męskimi umysłami (Ericsson, Faderman, ibidem: XVIII). Ponieważ wiele z nich uwewnętrzniło przekonanie, że miłość jest najwyższym dobrem, a seks - "grzechem cielesnym", były skłonne całkowicie porzucić zmysłowość na rzecz szukania duchowej szlachetności i czystości oraz sublimować cielesne pragnienia w twórczą energię16). Z przywołanego materiału porównawczego wynika, że na przełomie wieków artystce, która pragnie zdefiniować swoją tożsamość i sądzi, że nie jest "prawdziwą kobietą", zostaje przedstawiona do wyboru "trzecia płeć" albo "degeneracja". Chcąc zachować trochę szacunku dla siebie, wybiera "trzecią płeć" i godzi się z ideą, że w jej ciele mieszka męski umysł i dusza. Powinna jeszcze uwierzyć w wędrówkę dusz, w metempsychozę. "Gdy to piszę, wyłania mi się nagle wspomnienie: mały, skromny pokoik moich rodziców, zielona i oczywiście pluszowa kanapka w rogu, a na niej siedzi moja matka z Marią Komornicką. Obok ja - gimnazjalista z czwartej czy piątej klasy, właśnie w okresie obkuwania historii starożytnej. Było tam i o metempsychozie u Egipcjan. Wtem nagle słyszę pytanie Maryni: «Czy ciocia wierzy w metempsychozę?»" (Oszacki, 1964: 347). I...Gdy w Niemczech trwa dyskusja o seksualności, a co za tym idzie, o męskiej i żeńskiej tożsamości, o tym, co składa się na współczesne pojęcie człowieka, gdy ustala się, co jest normą, decyduje się o nazwach dla dewiacji, gdy rozważa się, czy chodzi o tożsamość czy o perwersję, gdy wydawane są prace pionierów psychiatrii, które zaważą na postrzeganiu zarówno homoseksualizmu, jak i heteroseksualizmu przez cały wiek XX, prasa polska, szybko i chętnie komentująca aktualne zjawiska w zachodniej kulturze, o tych nowościach raczej nie wspomina. Swoiste zahipnotyzowanie warszawskich i krakowskich modernistów ideą walki płci wydaje się nagle - w kontekście tego, co już wiemy - swoistą cenzurą, blokadą na idee, które naruszyć by mogły zastygły w umysłach adwersarzy układ między obozem kobiecym i męskim. O płci pisze się dużo w modernistycznej prasie, to znaczy o kobietach. O wadach i zaletach kobiet, o wiecznej kobiecości, o kobiecych obowiązkach domowych i patriotycznych, czasem też o ich nowych żądaniach i prawach. Do znudzenia omawiane jest zagrożenie kobiecością. W każdym ujęciu jest to heteroseksualna, posesywna i reprodukcyjna kobiecość oraz jej stosunek do wstrzemięźliwej i heteroseksualnej męskości. Jedynym wykroczeniem poza binarną, klaustrofobiczną miłość-nienawiść mężczyzny i kobiety jest androgyne - byt aseksualny, który znużonym tancerzom-zapaśnikom pozwala na odrobinę wytchnienia. Tak wygląda plan główny. A jednak w kulturowej pamięci zachowała się jedna abominacja. Piotr Chmielowski w książce Autorki polskie wieku XIX, aby unaocznić nieprzychylną reakcję, z jaką spotkały się Gabriela Żmichowska i krąg entuzjastek w środowisku inteligencji warszawskiej, przytacza taką anegdotę: "Powstały też niebawem wśród reszty kobiet, należących do klasy niby-wykształconych, plotki, przycinki, których i sami mężczyźni nie szczędzili. Skimborowicz opowiada np., co o samej Gabrieli w jego domu mówiono. January Suchodolski, zacny wojak-artysta, który znał Skimborowiczową od dzieciństwa, przyszedłszy raz w odwiedziny, zapytał żartobliwie: «Czy to prawda, że panna Żmichowska chodzi w surducie, na którym wisi zegarek przyczepiony do białej tasiemki; ma włosy obcięte po męsku i...» Skimborowiczowa nie pozwoliła mu skończyć. Korzystając tylko ze sposobności, że Gabriela była w drugim pokoju, wyszła i przyprowadziwszy ją potem za rękę, starała się zapoznać z nią Januarego. «A teraz - dodała - jużeś się pan przekonał, że Narcyzka nasza nie ma włosów obciętych, że nosi zegarek, jak noszą wszystkie kobiety, i ma zupełnie podobną do mojej suknię». Takie były rozprawy pomiędzy ludźmi uczciwymi, rozsądnymi i przyjaznymi sobie. Ale czego też nie wynajdowali źli, mniej rozumni i wrogowie wszelkiej zmiany w tradycyjnych zwyczajach!..." (Chmielowski, 1885: 258). Szkoda, że nie dowiemy się, co chciał powiedzieć January. Jego wypowiedź zawiesza się tym "i..." niczym nad symboliczną przepaścią i gdyby Anna Skimborowiczowa pozwoliła mu mówić dalej, runąłby w tę otchłań, ciągnąc za sobą i Gabrielę, i Annę. Na szczęście udało się go zatrzymać na skraju. January powtarza tylko to, co usłyszał - że panna Żmichowska uzewnętrznia strojem swoją psychiczną męskość. Na szczęście podejrzana jest w sąsiednim pokoju, można ją więc wprowadzić i pokazać gościowi, że wygląda jak kobieta. Ale Januaremu chodzi o psychikę, o mentalność Żmichowskiej. Strój ma być jej wyrazem - działa jak metonimia, zastępczo. Dostrzeżmy, że w tej scenie tylko Żmichowska nie ma swojej kwestii. Co czuje, kiedy zostaje tak wprowadzona? Jest zaskoczona, zawstydzona, rozgniewana, wdzięczna? Wszystkie te rzeczy naraz? Nikomu nie przeszkadza (także Chrzanowskiemu), że Gabriela nie mówi ani słowa! 17). Wszystkim obecnym to nawet odpowiada, a to dlatego że "i..." widmowo ciąży nad sceną, a zatem wszelkie środki są dopuszczalne, by temu zaradzić. A przecież pannie Żmichowskiej nie brakowało taktu. Umie, jeśli potrzeba, zasłonić się własną nieużytecznością: "Od dawna też przygotowana na to byłam, że kobieta niebogata, niepiękna, a do tego autorka, musi się rozstać z wszelką nadzieją małżeńskich według wyboru swego serca związków" (Żmichowska, 1988: 154). Może i jest straconą kobietą, lecz spójrzcie - jak niewielka to była strata! Gabriela została wychowana przez krewnych, ponieważ jej matka zmarła przy porodzie. Być może dlatego, że utracona matka została zwielokrotniona, w jej życiu nie są najważniejsze pojedyncze związki, ale sieci - bliskich znajomości umacnianych przez spotkania i korespondencję. W przywołanej przez Chmielowskiego scenie autorka znajduje się wśród przyjaciół, wśród ludzi jej życzliwych. Ale im też, jak i nieżyczliwym, znana jest plotka na temat Poganki (1846). Żmichowska za życia i później jest uosobieniem egzystencji pozbawionej nazwy. Jak pisze Boy-Żeleński: "Już wydawca listów do Tekli Dębskiej (1890) podstawia nieśmiało - z uwagą, że «przypuszczenie to już robiono» - prawdziwe imię pod bohaterkę Pogank" (Żeleński, 1990: 138). Jeśli robiono to przypuszczenie, to robiono też inne. Włosy obcięte po męsku i męski strój (zaprojektowany na Żmichowską i niejako odgórnie na nią założony) wraz z plotką, w którą owinięto jej postać, czynią z autorki Poganki fantazmatyczną lesbijkę, która przebrała swe pragnienie w konwencję literacką. Jak to się stało, że plotka zmieniła wygląd Żmichowskiej? Otóż jeśli ta guwernantka ma męski umysł, męskie pragnienia i męską duszę, to coś z jej wnętrza powinno przedostawać się na zewnątrz. Pojęcie "trzecia płeć" było już w jej czasach znane, od momentu wydania w 1835 roku Mademoiselle de Maupin, gdzie termin ten, użyty jako metafora nadzwyczajnej egzystencji, występuje po raz pierwszy. Z powieści przejęła go szybko francuska prasa popularna, a więc mogli go znać twórcy plotki. Męski wygląd zostanie nałożony też na Komornicką przez Jana Lorentowicza. Jego relacja, oprócz wspomnień, zawiera także ówczesne plotki. Pisze zatem o tym, jak widziano Komornicką w roku 1898: "Drobna, ubrana skromnie, wywierała wrażenie raczej młodego chłopca, co jeszcze bardziej podkreślały krótkie, po męsku ostrzyżone włosy, dość rzadkie w owych czasach u kobiet" (Lorentowicz, 1957: 34). Jellenta wspominał raczej o "bujnych, kasztanowatych włosach", z których Komornicka "miotała skry" i o jej wyglądzie "starosłowiańskiej boginki". Ale Komornicka mogła obciąć włosy we wrześniu 1897 roku, gdy stało się to coś, co przekreśliło znajomość z Jellentą, a przed spotkaniem Lemańskiego. Obcięcie włosów byłoby wtedy aktem żałoby "po swoim życiu" (po sobie ufnej, entuzjastycznej bądź zakochanej). "Urody była miernej", pisze Lorentowicz. Pewnie też miernie się czuła. Zatem starosłowiańska boginka przemieniona w młodego chłopca przyciągnęła Lemańskiego, który zaczął ją darzyć "od pierwszej chwili mocnym uczuciem". W jej wyjątkowym umyśle nie zdążył się jeszcze rozkochać, najwidoczniej zadziałał sam wygląd. Chociaż Lorentowicz na tym zakończy aluzje, to ataki zazdrości Lemańskiego są ładunkami emocji rzutowanymi na mężczyzn, których on podejrzewa o erotyczne zainteresowanie swoją żoną. Będąc chorobliwie zazdrosny, "Leman" może do woli rozmyślać o tych mężczyznach czy nawet wyobrażać ich sobie w intymnych sytuacjach, nie martwiąc się przy tym, czy sam aby nie jest "typem pośrednim", który dla spokoju sumienia związał się z męską kobietą. Zapewne wie, jak bardzo jego zachowanie jest absurdalne, jednak nie może się powstrzymać. Gdyby pod wpływem emocji zabił żonę, to na placu pozostałby on i domniemany kochanek, a trójkąt zredukowałby się do nowej pary. Wróćmy do Żmichowskiej, jako że w jej twórczości możemy znaleźć komentarz, jakkolwiek pośredni, do tej sceny, w której ona jest oglądana, i zarazem do plotki, która musiała do niej dotrzeć. W Dwoistym życiu, wstępnym szkicu do tego, co stanie się w końcu Białą Różą, skonfiskowanym przez władze rosyjskie w 1849 roku (Szmydtowa, 1929), jego bohaterka, zwana autorką, stwierdza: "Niektóre z dam obecnych słyszały już o mnie bardzo wiele szczegółów, a między najprawdziwszemi to, że włosy obcięłam, w surdut się ubrałam, że zawsze śrebrny zegarek na białej tasiemce i trzewiki z ostrogami noszę" (Szmydtowa, ibidem: 118). Natomiast w jednej z poprawianych i rozwijanych wersji korespondencji autorki z Białą Różą pojawia się wyznanie niezmiernie bliskie skargom zarówno Marii Komornickiej, jak i jej bohaterek: Staszki, Halszki i bezimiennej narratorki Biesów. "Istotnie czuję w sobie takie niewykończenie, taki stan przejścia, jak gdybym ani poczwarką bezwładną nie była już, ani motylich skrzydeł nie mogła rozwinąć jeszcze. Wszystkiego we mnie zanadto lub zbyt mało, ni to początek, ni ostateczne ukształtowanie. Pojmuję murzynów z Kongo, pojmuję niedołęgów na umyśle, pojmuję ładne salonów automaciki, które nigdy pełniejszą nie odetchnęły piersią [...], pojmuję głupich, pojmuję chorych, obłąkanych, pojmuję wszystkich, co są tem, a nie czem innem, lecz siebie samej pojąć nie mogę. Organizm mój taki zdrowy, władze rozumu takie zupełne, zdolności nie braknie mi wcale, czasem objawia się we mnie, rzec mogę śmiało, jakaś wyższa potęga nawet, tworzę albo przetwarzam sądy, myśli, wyobrażenie wszelkie z taką łatwością, z taką giętkością, że jej się sama wydziwić nie mogę. A cóż z tego wynika? Oto wielkie nic, tylko ani ja dla władz mojego życia, ani dla zdolności zastosowania, ani dla potęgi dzieła znaleźć nie mogę. Cała istota moja w obecności ujęta ginie mi jako bezprzyczynność u początku swojego, jako bezcelność u końca" (Szmydtowa, ibidem: 176). Żmichowska nigdy nie przeżyła załamania nerwowego, ale z wiekiem czuła się coraz bardziej wyczerpana. W cytowanym fragmencie Dwoistego życia (autorka podczas przesłuchania wyjaśniła, że w zarekwirowanym szkicu pisze o sobie) rozpoznajemy skargę na własną bezużyteczność. Ona także, jak Komornicka, to "ochotnik wieczny życia". Jej również brak "punktu oparcia dla poruszenia samej siebie". Co teraz? Czy nadal będziemy się upierać, że dwóm najbardziej oryginalnym autorkom na przestrzeni XIX wieku przytrafiła się ta sama psychiczna przypadłość? Czy to raczej kwestia kultury? Czy nie jest przypadkiem tak, że obie reprezentują taką twórczą osobowość, która jest w obrębie polskiej kultury całkiem bezużyteczna? Można ją ubrać w surdut - lub go z niej zdjąć, można jej obciąć włosy we wspomnieniu - lub je zapuścić. I to wszystko. Co tu po niej? Jest osobą skazaną na powolną śmierć. Obojętne, jak i kiedy do niej dojdzie. Dandys wobec obywatelaJej supozycja: "gdybym była mężczyzną, powiedziałabym...", pozostała niedokończona. Księgi poezji idyllicznej nie napisała ta sama osoba, która korespondowała entuzjastycznie z Zosią Villaume. Nie wiadomo, co napisałaby, pozostając w swej świadomości kobietą i rozwijając ten wątek. Echa dyskusji o trzeciej płci usłyszymy w nowej konfiguracji po stu latach, w ostatniej dekadzie XX wieku. Judith Butler poddaje pod dyskusję założenie Monique Wittig: "Kobieta, argumentuje [Wittig], istnieje tylko jako termin, który stabilizuje i konsoliduje binarny i przeciwstawny związek z mężczyzną; tym związkiem jest heteroseksualność. Lesbijka, odmawiając heteroseksualności, nie może być definiowana w obrębie tego przeciwstawnego związku. W istocie lesbijka, jak utrzymuje [Wittig], przekracza binarną opozycję między kobietą i mężczyzną; lesbijka nie jest ani kobietą, ani mężczyzną. Co więcej, lesbijka nie ma płci; jest poza kategorią płci. Ponieważ lesbijka odmawia udziału w tych kategoriach, ujawnia ona (zaimki okazują się tu problematyczne) zarówno niepewny/względny status tych kategorii, jak i ukrytą, choć wiążącą supozycję heteroseksualnej matrycy. Zatem można powiedzieć, że nikt nie rodzi się kobietą, ale się nią staje; co więcej, nikt nie rodzi się kobiecym, ale kobiecym się staje; a nawet bardziej radykalnie, ktoś może, jeśli zechce, nie stać się ani kobiecym, ani męskim, ani kobietą, ani mężczyzną. W rzeczy samej lesbijka wydaje się być trzecią płcią albo też, jak wykażę, kategorią, która radykalnie problematyzuje tak płeć, jak i rodzaj jako ustalone polityczne kategorie opisu" (Butler, 1990: 113). Trzecią płcią! Filozofia rodzaju z końca wieku XX kłania się pionierom seksuologii z końca XIX wieku. Stać się bytem pozapłciowym (jednakże obdarzonym pożądaniem) to niemalże uosobić legendę o inkubach/sukubach, duchach zdolnych zmieniać płeć, gdyż ich ciała są astralne. Ponieważ, jak pisze dalej Butler, opieranie tożsamości na radykalnym wykluczeniu z układu heteroseksualności pomaga konsolidować ten układ w jego opresyjnej formie (Butler, ibidem: 128), to ratuje nas (kogo?) tylko działanie subwersyjne, to znaczy takie, w którym binarny układ jest przyjęty, ale i pomnożony, aż sam w sobie przestaje znaczyć cokolwiek (Butler, ibidem: 127). Marek Bieńczyk pisze, że: "Benjaminowskie określenie lesbijek u Baudelaire'a jako «heroin nowoczesności» odnosi się właśnie do ich «nienaturalnego» statusu: odrzucając «naturalną» produkcję/prokreację, przeciwstawiają się one najsilniejszemu imperatywowi czasu. W tym sensie, jako istoty «nienaturalne» i bezproduktywne w społeczeństwie industrialnym, są one odpowiednikiem dandysa, który odrzuca wszelkie uczestnictwo w społeczności wytwórców; są one tym wobec kobiety, czym dandys wobec obywatela" (maszynopis). Czytając esej Wacława Wolskiego Marya Komornicka (i następującą po nim na łamach "Głosu" polemikę z Izą Moszczeńską) poprzez Bieńczyka analizującego pracę Benjamina o Baudelairze, dostrzegamy, że świadomość Wolskiego, który nazywa się dekadentem, jest głęboko baudelairowska, a w miejsce opozycjonistki-lesbijki ustawia on Komornicką (to znaczy ustawiłby chętnie, gdyby jej Baśnie. Psalmodie nie były dla niego świadectwem kapitulacji). Wolski rozpoczyna to kulturowe kontinuum opozycji od Żmichowskiej, którą "swoim entuzjazmem i pewnymi rysami indywidualności przypomina Komornicka" (Wolski, 1902: 42). Prokreacyjny "tragizm kobiecości" to prawdziwa ziemia jałowa, gdyż rozmnażanie prowadzi do śmierci. Wyłamują się z niego tylko "rzadkie, indywidualne duchy kobiece" (Wolski, ibidem: 36), "emancypantki w najgłębszym znaczeniu tego wyrazu" (Wolski, ibidem: 53), stawiające opór wobec tego przymusu i wobec mężczyzn18). "Chercheuses d'infini" (Baudelaire, ibidem: 132) darzone są uwielbieniem i współczuciem przez poetę z racji trochę mityzowanych zdolności pogłębionego odczuwania. "Pour vos mornes douleurs, vos soifs inassouvies, / Et les urnes d'amour dont vos grands coeurs sont pleins!" (Baudelaire, ibidem: 26-28). Ich postawę docenić potrafią tylko dekadencji i pesymiści, opierający się "emisariuszkom przyrody" i widzący wskroś "demonicznej roli, jaką niezaprzeczalnie odgrywa w przyrodzie kobieca część ludzkości względem męskiej" (Wolski, ibidem: 37). Kontestująca lesbijka, "wyklęta heroina" Baudelaire'a i ulubienica Wolskiego, zbuntowana Staszka ze Szkiców, mieszkają w sąsiednich pokojach. "Miłość lesbijska - pisze Marek Bieńczyk - pozostaje przez całe stulecia najbardziej tajemnym - i wywołującym najgwałtowniejszą aprobatę - przypadkiem Erosa". "To prawda, że miłość między kobietami była popierana, czy tolerowana przez stulecia - lecz odkąd kobiety zyskały możliwość ekonomicznej niezależności, taka miłość zaczęła potencjalnie zagrażać społecznemu porządkowi", odpowiada Lillian Faderman (ibidem: 240). W 1894 Pierre Louys wydaje Pieśni Bilitis. Zainspirowana tą poezją Renée Vivien przyjmuje męski pseudonim, żeby zostać cenionym symbolicznym poetą i tłumaczem Safony na francuski. Zarazem wciela wizję Louysa nie tylko w swoje wiersze, ale też we własne życie, skutkiem czego umiera w wieku trzydziestu dwóch lat na anoreksję. Sama Vivien utrzymywała, że to nie poezja Louysa jej zaszkodziła, tylko niewierność Nathalie Barney, która prowadziła w Paryżu salon artystyczny i przyjmowała w nim nowe kobiety z całej Europy. Komornicka w najlepszych momentach życia przypomina Barney - zaborczą, łaskawą, władczą, inspirującą i pełną wdzięku. Feministkę, która odrzuca teorię inwersji i domaga się jawności. Okoliczności stwarzają ludzi - Komornicka zaczyna jak Nathalie Barney, a kończy jak Radclyffe Hall. Studnię samotności można czytać równolegle z Biesami, znajdując symetryczne metafory i pola skojarzeń, aż do scen finalnych, które w obu utworach rozwijają się analogicznie. W Studni samotności znajdziemy też wątek polski - malarka Wanda jest inwertką i alkoholiczką przygniecioną ciężarem winy i religii, a odległość, jaka dzieli ją od dumnej i bezpośredniej księżniczki Kinzey z Sind es Frauen?, poświadcza zmiany, które nastąpią w kulturze w latach 1903-1928. Rok 1907 (w którym Radclyffe Hall odnajdzie się, bo zacznie używać aprobowanego towarzysko imienia John) przynosi więcej wydarzeń. 3 stycznia 1907 Colette (kilka lat wcześniej Komornicka mogła oglądać autorkę Klaudyny na paryskich pocztówkach, z burzą krótkich włosów, w garniturze), rozwiedziona i wykształcona w profesjonalnej pantomimie, występuje na scenie Moulin Rouge. Piętnastominutowy występ nosił tutuł Un Reve d'Égypte. Najpierw na scenie pojawia się towarzyszka pisarki w męskim stroju jako badaczka sarkofagów, żeby ujrzeć, wraz z publicznością, wyłaniającą się z jednego z nich Colette w roli egipskiej tancerki i w minimalnym stroju. W ciągu tych piętnastu minut rzucono na scenę "pudełka czekoladek, pomarańcze, małe stołki, laski, monety, pudełka zapałek, papierosy, warzywa i główki czosnku" (Francis, Gontier, 1999: 253-255). Główki czosnku były, to jasne, ukłonem w stronę Baudelaire'a i aluzją do "świeżości grobów". Po spektaklu doszło do bójek na widowni i interweniowała policja, 4 stycznia więc zmieniono tytuł pantomimy na Reve d'Orient, a do roli męskiej, za sporym wynagrodzeniem, zatrudniono aktora o nazwisku Wague. "Gdy tylko Colette wyszła z sarkofagu, publiczność, biorąc Wague'a za Missy, zaczęła syczeć, gwizdać i rzucać obelgami; poleciały na scenę przedmioty i warzywa. Wychodząc z teatru, George Wague usłyszał komentarz widza: «To prawda, ona faktycznie wygląda jak mężczyzna»" (Francis, Gontier, ibidem: 255). Nie wiemy, co się działo z Komornicką w styczniu 1907 roku. Nie zachowały się z tego okresu żadne jej listy, notatki ani drukowane utwory. Sądząc po tym, jak dalej rozwijała się twórczość Colette, pozostaje nam wierzyć, że bezpośrednia agresja, specjalność francuska, w przeciwieństwie do polskich szykan, jest przynajmniej ożywcza. BibliografiaBaudelaire, Charles (1959) Femmes damnés. [w:] Idem. Les Fleurs du Mal. Les Épaves - Bribes - Poemes divers. Amoenitates Belgicae, introduction, relevé de variantes et notes par A. Adam, Professeur a la Sorbonne, Édition illustrée, Paris: Garnier Freres. Bieńczyk, Marek Francuz na wyspie Lesbos, maszynopis. Butler, Judith (1990) Gender trouble. Feminism and the subversion of identity. New York-London: Routledge. Chmielowski, Piotr (1885) Autorki polskie wieku XIX. Warszwa: Wydawnictwo Spółki Nakładowéj Warszawskiéj. Dauthendey, Elisabeth (1990) Vom Neuen Weibe und seiner Liebe. [w:] Lesbians in Germany: 1890's-1920's. Ed. and transl. by L. Faderman, B. Eriksson. Tallahassee, Florida: Naiad Press. Duc, Aimée (1990) Sind es Frauen?. [w:] Lesbians in Germany: 1890's-1920's. Ed. and transl. by L. Faderman, B. Eriksson. Tallahassee, Florida: Naiad Press. Faderman, L., Eriksson, B. (1990) Wstęp. [w:] Lesbians in Germany: 1890's-1920's. Ed. and transl. by L. Faderman, B. Eriksson. Tallahassee, Florida: Naiad Press. Faderman, Lillian (1981) Surpassing the love of men. Romantic friendship and love between women from the renaissance to the present. New York: W. Morrow & Company. Filipiak, Izabela (2001) Niewidzialna lesbijka na balu. O "Białej Róży" Narcyzy Żmichowskiej. [w:] Punkt po punkcie. T. 2: Miłość. Gdańsk: słowo/obraz terytoria. Francis, C., Gontier, F. (1999) Creating Colette. From ingenue to libertine 1873-1913. T. 1. Vermont: South Royalton. Gautier, Théophile (1981) Mademoiselle de Maupin. London: Penguin Books. Hart, Lynda (1994) Fatal women. Lesbian sexuality and the mark of aggression. Princeton-New Jersey: Princeton University Press. Hogan, S. (ed.), Hudson, L. (ed.), Holt, H. (ed.) (1999) Completely queer. The gay and lesbian encyclopedia. New York. Johnson, Barbara (1991) Charles Baudelaire and Marceline Desbordes-Valmore. [w:] Displacements. Women, tradition, literatures in French. Ed. by J. DeJean, N. K. Miller. Baltimore: Johns Hopkins University Press. Komornicka, Aniela (1964) Maria Komornicka w swych listach i mojej pamięci, "Archiwum Literackie". T. 8: Miscellanea. Z pogranicza XIX i XX wieku. Red. S. Pigonia, M. Dernałowicz, Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Komornicka, Maria (1902) List do matki, Anny Komornickiej. Zakopane, 29 IX 1902. ------ (1894) Skrzywdzeni. "Przegląd Poznański" 42. M. F. (1990) Wie ich es sehe [w:] Lesbians in Germany: 1890's-1920's. Ed. and transl. by L. Faderman, B. Eriksson. Tallahassee, Florida: Naiad Press. Lorentowicz, Jan (1957) "Na tym padole" [w:] Idem. Spojrzenie wstecz. Kraków: Wydawnictwo Literackie. Oosterhuis, Harry (2000) Stepchildren of nature: Krafft-Ebing, psychiatry, and the making of sexual identity. Chicago: University of Chicago Press. Orzeszkowa, Eliza (1999) O Polce Francuzom. [w:] Chcemy całego życia. Antologia polskich tekstów feministycznych z lat 1870-1939. Red. Aneta Górnicka-Boratyńska, Warszawa: Fundacja Res Publica. Oszacki, Aleksander (1964) Spowiedź niedorodzonej. [w:] S. Pigoń, Trzy świadectwa o Marii Komornickiej, "Archiwum Literackie". T. 8: Miscellanea. Z pogranicza XIX i XX wieku. Red. S. Pigonia, M. Dernałowicz, Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich Podraza-Kwiatkowska, Maria (2001) Młodopolska femina. Garść uwag. [w:] Ciało i tekst. Feminizm w literaturoznawstwie - antologia szkiców. Red. Anna Nasiłowska. Warszawa: Wydawnictwo IBL. Rueling, Anna (1990) Welche Interrese hat die Frauenbewegung an der Lösung des homosexuellen Problems? [w:] Lesbians in Germany: 1890's-1920's. Ed. and transl. by L. Faderman, B. Eriksson. Tallahassee, Florida: Naiad Press. Schultz, Gretchen M. (2000) Baudelaire's lesbian connections. [w:] Approaches to teaching Baudelaire's "Flowers of Evil". Ed. by L. M. Porter. New York: The Modern Language Association of America. Szmydtowa, Zofia (1929) Wstęp. [w:] Żmichowska, Narcyza Dwoiste życie. Wydanie z autografu. Warszawa: Towarzystwo Naukowe Warszawskie. Wolski, Wacław (1902) Marya Komornicka. [w:] Idem. Wzloty na Parnas. Profile duchowe poetów współczesnych. Warszawa: Druk "Gazety Rolniczej" (W. Musielewicza). Żeleński, Tadeusz (Boy) (1990) Romans Gabryelli. [w:] Boy o literaturze niemoralnej. Szkice literackie. Oprac. i wstępem opatrzył Henryk Markiewicz. Warszwa: Czytelnik. Żmichowska, Narcyza (1988) Pamiętnik. [cyt. za:] Król, S. 101 kobiet polskich. Ślad w historii. Warszawa: Książka i Wiedza. Zizek, Slavoy (1997) Looking awry. An introduction to Jacques Lacan through popular culture. Cambridge - London: The MIT Press. Przypisykliknij oznaczenie przypisu by powrócić w odpowiednie miejsce artykułu 1) Izabela Filipiak - dr nauk humanistycznych. Autorka powieści (Absolutna Amnezja, Alma), opowiadań (Magiczne oko. Opowiadania zebrane), poezji (Madame Intuita) i dramatu (Księga Em), komentarzy prasowych (Kultura obrażonych), podręcznika-eseju (Twórcze pisanie dla młodych panien), a także wielu esejów, artykułów i recenzji publikowanych w pismach artystycznych i naukowych w kraju i za granicą. Jest wykładowczynią w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim i stypendystką Fundacji Kościuszkowskiej. Aktualnie prowadzi niezależne badania naukowe pod patronatem Beatrice M. Bain Research Group przy Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. 2) Cyt. za: Chcemy całego życia. Antologia polskich tekstów feministycznych z lat 1870-1939. W publikacji tej podano datę przedruku Listu otwartego do kobiet niemieckich i O Polce Francuzom - 1900 rok, jednakże brak informacji, kiedy po raz pierwszy artykuł O Polce Francuzom się ukazał. 3) Z teorią tą polemizował Freud jeszcze w latach dwudziestych: "Tajemnica homoseksualizmu nie jest więc na pewno taka prosta, jak to się zwykło popularnie przedstawiać: psyche kobieca, która z tego powodu musi kochać mężczyznę, nieszczęśliwie trafiła do męskiego ciała, albo psyche męska, która nie może się oprzeć kobiecemu urokowi, została niestety zesłana do ciała kobiety". (S. Freud, Dzieła, t. 2: Charakter a erotyka, s. 229). 4) Korespondenci austriackiego psychiatry, autora dzieła Psychopathia Sexualis, jako reprezentanci "trzeciej płci" niekiedy kształtowali swoje estetyczne upodobania według tego, co o nich mówiono i pisano. W kulturowo-medycznych przesłaniach odnajdowali coś w rodzaju lustra. Przyjmując do wiadomości, że ich konstytucja jest "nerwowa", cenili sztukę, która też była "nerwowa". Jak zauważa jeden z nich: "Pociąga mnie w sztuce wszystko, co jest nie tylko oryginalne, ale i ekscentryczne". (Oosterhuis, 2000: 267). 5) Faderman potwierdza moje założenie: "Seksuolodzy uratowali je, w rzeczy samej, dostarczając to, co wyglądało na prawdopodobną teorię, która wyjaśniała, dlaczego one powinny mieć prawo realizować swoje cele w spokoju. Oczywiście, one też kochały kobiety - ale tak samo czyniła większość kobiet. To nie ich homoerotyzm, lecz pragnienie wolności sprawiało, że chętnie nazywały się krafft-ebingerkami" (Faderman, 1981: 250). 6) Wstręt do szczęścia, który odczuwa Halszka, jest, według Nietzschego, konsekwencją dążenia do wolności. Zdaniem filozofa, do szczęścia zmierzają kobiety, do wolności - mężczyźni. A zatem kobiety na przełomie XIX i XX wieku, które pragną wolności, choćby znajdowały w Nietzschem inspirację (jak czyniła to młoda Komornicka), muszą pojąć, że są aberracją. "Wolność oznacza, że męskie instynkty, które cieszy wojna i zwycięstwo, panują nad innymi instynktami, na przykład nad instynktem «szczęścia». Człowiek, który stał się wolny, a tym bardziej duch, który stał się wolny, pogardliwie pomiata dobrym samopoczuciem, o którym marzą kramarze, chrześcijanie, krowy, kobiety, Anglicy i inni demokraci. Człowiek wolny jest wojownikiem". F. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz..., s. 102. 7) Imię Andronice ma "grecki rdzeń andro oznaczający męskość", jak zauważa Maria Podraza-Kwiatkowska, gdyż oznacza kobietę dla mężczyzn, męską fantazję, femme fatale w biblijnym przebraniu, czyli Herodiadę-Salome. (Podraza-Kwiatkowska, 2001: 21). 8) "Jestem głęboko przekonana, że jeszcze dwie małe broszurki, jak «Baśnie» - a będę niezaprzeczalnie «uznaną» «gwiazdą» literatury naszej". List M. Komornickiej do matki, A. Komornickiej, Nicea, 1 I 1900, karta 26 (64). Autorka niezbyt ceni "naszą" literaturę i jawnie drwi z tego, że chociaż napisała coś sztucznego, to w końcu coś, co "naszej" literaturze się spodoba. Lecz jej entuzjazm świadczy raczej o tym, iż świadomość owej sztuczności wyparła wraz z drugą częścią Szkiców. Pisze tak przecież podczas podróży poślubnej, która też jest "sztuczna", o czym również nie chce pamiętać. 9) W "Przeglądzie Poznańskim" tuż za finałem Skrzywdzonych zamieszczono artykuł pod tytułem Kobieta na scenie, dotyczący sytuacji na rynku pracy w Niemczech i będący nadzwyczajnym komentarzem do tych dyskusji: "W r. 1873 i 1874 koleje i biura telegraficzne zaczęły przyjmować kobiety. Wkrótce cofnięto wydane w tej mierze rozporządzenie, lecz znajdujące się już na służbie pozostawiono, podnosząc im w r. 1887 pensję do 1500 mr. rocznie. Od kandydatki na posadę telegrafistki wymagają świadectwa z ukończenia szkoły telegraficznej, istniejącej w Berlinie od r. 1859. Urzędy pocztowe w ostatnich latach nie dopuszczają kobiet do pełnienia w nich służby. Za to utworzyły się liczne wakanse telefonistek, gdyż rząd, jak wiadomo, posady tego rodzaju chętniej powierza kobietom niż mężczyznom, praktyka bowiem wykazała, iż głos kobiecy brzmi w rozmowie przez telefon wyraźniej. Doświadczenie dowiodło niestety jednocześnie, że służba przy telefonie rozstraja silniej system nerwowy kobiecy, wskutek czego obecnie telefonistka jednego dnia jest na swym posterunku przed obiadem, drugiego dnia po obiedzie. Pensja jest i tu bardzo skąpą; przeciętnie wynosi dziennie 2,25 do 3 marek. Co się tyczy zawodów liberalnych, to są one dotychczas w Niemczech zabarykadowane dla kobiet pewnymi przeszkodami. Wprawdzie lekarki (które bez wyjątku skończyły studia w Szwajcarii) są tolerowane w Niemczech, lecz nie mają prawa przepisywania recepty i sporządzania aktu zejścia". ("Przegląd Poznański" 1894, nr 42, s. 497). 10) Kiedy d'Albert, bohater Mademoiselle de Maupin, domyśla się, że obiekt jego miłości jest kobietą w przebraniu, odczuwa wielką ulgę: "Poczułem nadzwyczajne zadowolenie, jakby ktoś zdjął mi górę czy dwie góry z piersi. Czułem, jak mój lęk przed samym sobą znika i zostałem uwolniony od udręki myślenia, że jestem potworem. Znowu rozmyślałem sielsko o sobie i wszystkie fiołki wiosny rozkwitły w moim sercu" (s. 245). Natomiast na myśl, że Théodore to mężczyzna, ogarnia go rozpacz: "Kochać tak, jak ja kocham potworną, nieodwołalną miłością, miłością, której nie można nawet wyrwać sobie z serca, być skazanym na najgłębsze milczenie, nie ośmielić się na to, czego najbardziej dyskretny i pełen szacunku kochanek nie zawaha się wyrzec do najskromniejszej i najbardziej pruderyjnej kobiety, pozwolić sobie być pożeranym przez pasje, które są obłędne i nieusprawiedliwione nawet w oczach najbardziej niepoprawnych libertynów; bo czy są jakieś zwykłe namiętności poza tą, namiętności wstydliwe, beznadziejne, namiętności, których niemożliwy sukces byłby zbrodnią i sprawiłby, że umarłbyś ze wstydu? Doprowadzić się do stanu, w którym życzysz sobie, żeby ci się nie powiodło, lękać się szczęśliwych przypadków i sposobności, takie było moje przeznaczenie" (s. 247). Ta huśtawka emocjonalna kończy się odkryciem, że Théodore to Madelaine, ale zanim to nastąpi, dowiemy się, że homoseksualizm to najwyższy stopień dekadenckiej monstrualności. Wywołuje też psychiczne reperkusje. Do całkowitego zachwiania tożsamości prowadzi już samo spojrzenie w twarz takiemu prawdopodobieństwu. D'Albert balansuje na granicy szaleństwa, ale, jak na wyznawcę teorii "sztuka dla sztuki" przystało, czyni to, tak jak wszystko inne, z olśniewającym wdziękiem. 11) Tylko dostają dyplom z homoseksualizmu. (Faderman, ibidem: 339). 12) Powieść Trzydzieści-trzy potwory wydana w 1907 roku przez aktorkę Annibal Sinowjewą miała bezpośredni wpływ na otwarcie wielu modnych klubów dla inwertek w Rosji carskiej. (Faderman, ibidem: 361). 13) Tam, gdzie książka zawiniła, inna książka przynosi odkupienie. Skłonność do sublimacji i do poszukiwania szlachetnej duchowości przyjmuje szczególnie wyraźny kształt w powieści Elisabeth Dauthendey Vom Neuen Weibe und seiner Liebe: ein Buch fur reife Geister (O Nowej Kobiecie i jej miłości. Książka dla dojrzałych duchów), która ukazała się w roku 1900 w Berlinie. Lenore, jej bohaterka, jest wcieloną Nową Kobietą - niezależną i twórczą (jest pisarką), choć jednocześnie zagubioną, ponieważ Nowy Mężczyzna jeszcze się nie narodził. Odrzuca miłość pewnej bogatej, "silnej i energicznej" safistki. Łączy ją natomiast głęboka więź z młodą wychowanicą Yvette (córką tragicznie zmarłej przyjaciółki). Jest to związek inspirujący dla obu kobiet, pełen wyłącznie duchowych rozkoszy. Ta popularna w Niemczech powieść, napisana w stylu "biblijnym", wydaje się być próbą obejścia stygmatyzacji "kobiecych typów pośrednich". (Dauthendey, 1990: 33-46). O tym, że określenie "Nowa Kobieta" funkcjonowało w pewnych kręgach środkowoeuropejskich jako synonim "kobiecego typu pośredniego", świadczy cytowane przez Lillian Faderman niepublikowane opowiadanie Harriet Lane Levy (wczesnej przyjaciółki Alice Toclas) A beautiful girl. W tym utworze narratorka spotyka w hotelu śpiewaczkę operową z Austrii. Osoba ta wspomina przyjaciółkę, z którą niegdyś podróżowała. "Byłyśmy bardzo szczęśliwe razem", mówi Austriaczka. Dodaje, że jej przyjaciółka była Nową Kobietą, "moderne". Przeczucie podpowiada śpiewaczce, że jej rozmówczyni też jest "moderne". (Faderman, ibidem: 189). 14) Obszerną pracę o działalności Kraffta-Ebinga napisał Harry Oosterhuis, badacz holenderski, który korzystał z nieopublikowanego dotąd archiwum rodzinnego, zawierającego listy od pacjentów i czytelników do austriackiego psychiatry. (Oosterhuis, ibidem). 15) A. Rueling, Welche Interrese hat die Frauenbewegung an der Lösung des homosexuellen Problems? (Na co ruchowi kobiecemu kwestia homoseksualna?), (Rueling, 1990: 89). W wystąpieniu tym prelegentka domagała się od organizacji kobiecych poparcia dla homoseksualnych kobiet. "Oczekujemy od radykalnych działaczek, by przełamały zmowę milczenia i uczciwie wyznały: Tak, jest między nami wiele uranianek i jesteśmy im wdzięczne za ich energię i pracę, która przyniosła nam wiele sukcesów". Słowa Rueling świadczą o tym, że musiała ona czuć się dość bezpiecznie, skoro stawia żądania. 16) Choć nie jest moim zamiarem twierdzić, że droga Marii Komornickiej do duchowego uwznioślenia była taka sama jak ówczesnych uranianek czy inwertek, to nie wiem, na jakiej podstawie miałabym wynosić jej problemy ponad ich sprawy, które dotyczyły często o tyle ekspresji osobistej, o ile artystycznej. Faderman pisze: "Trudno znaleźć różnicę między Miss M. (którą «Havelock» Ellis nazywa «prawdziwą inwertką») a kobietą, która praktykowała «romantyczną przyjaźń». Przytoczył on taką wypowiedź Miss M.: «Kocham niewielu ludzi... ale w tych chwilach, gdy moje serce szło do przyjaciółki, doświadczałam zawsze najbardziej wzniosłego uczucia i dzięki nim stawałam się lepsza moralnie, umysłowo i duchowo. Miłość jest moją religią. Sama natura moich uczuć zaprzecza możliwości, by przeniknąć mógł do nich jakikolwiek element, który nie jest całkowicie święty». Zatem co uczyniło ją inwertką? Na rok przed rozmową z Ellisem Miss M. wzięła do ręki książkę przetłumaczonego na angielski Kraffta-Ebinga. Wcześniej nie wiedziała, że jej uczucia są czymś innym niż przejawem miłości do konkretnej osoby, ale z tej książki dowiedziała się, że «uczucia takie jak moje są 'nienaturalne i zdeprawowane' i 'zakazane społecznie'»". (Faderman, ibidem: 244). Osobowość Miss M., wcześniej miejsce objawiania się świętości, nagle staje się przyczyną jej upadku (z nieba do piekła) i więzieniem, w którym ona jest zamknięta jako "nielegalna osoba". Halszka początkowo też ma dar generowania świętości, czego nikt w Jaworowie nie docenia, a kończy, wstępując w obszar "zakazany społecznie". Jeśli coś jest zakazane i kojarzy się nam z twórczością, świętością, bądź szaleństwem, to nie mogąc ocalić rzeczy zakazanej, staramy się zachować przynajmniej twórczość albo świętość, albo chociaż szaleństwo. 17) Podobnie jak nikomu nie wadziło, że Komornicka nie ma swojej kwestii w dyskusji Wolskiego i Moszczeńskiej na łamach "Głosu". Struktura tych sytuacji jest całkowicie identyczna. 18) Barbara Johnson, analizując esej Baudelaire'a o Marceline Desbordes-Valmore, odkrywa tam pewną dynamikę. Otóż, twierdzi Baudelaire, klęską twórczości kobiet jest naśladowanie mężczyzn, "swego rodzaju męska śmieszność, która w kobietach przyjmuje kształt potworności". W tym samym akapicie mowa jest o "pompatycznej sztywności" i "świętokradczych parodiach męskiego ducha". Takim niedoskonałym twórczyniom autor, w Réflexions sur quelques-uns de mes contemporains: Marceline Desbordes-Valmore, przeciwstawia poetkę Desbordes-Valmore ("Mme Desbordes-Valmore była kobietą, zawsze kobietą, i absolutnie niczym poza tym, że kobietą: była też w nadzwyczajnym stopniu poetycką ekspresją wszystkich niezwykłych piękności w kobiecie"). Analiza Barbary Johnson pozwala nam sądzić, że zamieszczony w "Głosie" 1901 roku (tuż za Halszką) esej Adolfa Standa o Ellen Key został napisany dokładnie według wzoru eseju Baudelaire'a o Desbordes-Valmore, że był właściwie naśladownictwem tego eseju na granicy plagiatu (Johnson, 1991: 164-165). Do tego samego eseju Baudelaire'a odnosi się Gretchen M. Schultz, żeby stwierdzić, że choć "dzienniki i teksty krytyczne Baudelaire'a wskazują, że poeta i kobieta są wzajemnie wykluczającymi się kategoriami", to ta reguła ma pewien wyjątek. "Jednak w poezji Baudelaire'a lesbijka jest ekwiwalentem figury poety. Te podobieństwa są wyraźne tam, gdzie bezpłodność definiuje relacje z obiektem seksualnym - zarówno w wypadku poety, jak i lesbijki" (Schultz, 2000: 134). Chodzi o to, że poeta jest płodny w swojej twórczości, a lesbijka, podobnie jak dziewica, jest niezdolna do poczęcia, i na tym ma polegać ich wyższość. Tam, gdzie Baudelaire sytuuje lesbijkę, Wolski stawia Marię Komornicką - przy okazji wywyższa sam siebie, utożsamiając się z nią jako poeta. Ale też poniża ją, ponieważ ona, rozwijając stereotypowo heteroseksualne narracje w Baśniach. Psalmodiach, wyłamuje się z łączącej ich oboje, choćby tylko w umyśle Wolskiego, ekwiwalentnej relacji. |